środa, 19 listopada 2014

Dwudziesta szósta część wrocławskiej opowieści

   

 Część dwudziesta szósta

      Noc skrywała zazdrośnie swoje tajemnice. Pozornie niewidoczne zdarzenia, oznajmiane tu i ówdzie kaszlem i chrobotaniem krzeseł przechodziły przez miasto jedynie echem. Znużone bezpańskie psy rozgrywały między sobą zaległe porachunki. Opary śmierdzącej wody przepływającej nieopodal dworca nabierały znaczenia mistycznego. Kaszel który stał się także jego udziałem był hasłem otwierającym przepastne księgi miejskich kronik. Paralela, swoisty łącznik wyobrażeń, chęci i strachu ogarniętego tłumu. Dzięki niemu bezgłośnie nawiązywał połączenie z anonimowymi uczestnikami nocnej kreacji każdej piwnicy i każdego dusznego mieszkania. 
     Czas do spotkania uciekł i schował się w pobliskiej bramie obskurnej kamienicy. Widok lwów z potężnymi głowami, z potężnymi grzywami, z potężnymi ogonami zrobił na nim takie same wrażenie jak pierwszego dnia kiedy je dostrzegł. Manifestacja pierwotnej siły i pozornego zwycięstwa człowieka. Ponadczasowa walka o dominację przypominała o innej potyczce srogo spoglądającego Bismarcka. Prosty lud żądny krwi uwielbia takich bohaterów. 
     Stanął w umówionym miejscu nieznacznie tylko zdradzając zaniepokojenie. Właściwie było mu wszystko jedno. Szczególnie po tym jak na samo wspomnienie frustracji i życiowych niepowodzeń powracało przekonanie o braku sensu dalszego życia. Dawne marzenia sprowadzone do rangi mglistych wspomnień. Plany i okruchy szczęścia przypominające minione życie były jak stare kartonikowe zdjęcia pożółkłe i wystrzępione. Nijakość relacji i gorzki smak zdrady dopełniała obserwacja nienawiści władzy w stosunku do swoich poddanych. Z tych i innych powodów nie chciał już żyć, nie chciał wegetacji brodzącego w wodach samotności.
     Jeden kierunek, jasne zasady. Cień czarnego orła pozbawionego chrześcijańskiego symbolu. Ein reich, ein folk, ein fuhrer z każdego znienawidzonego głośnika, z każdej klapy marynarki upstrzonej swastyką, z każdego doniesienia o sukcesach wielkiej armii. Zło całego Świata gościło pod kołnierzykiem koszuli swędząc jak kurz w gorące letnie dni. 
     Błyskawiczny ruch ręką niewidocznego oprawcy skrępował mu dłonie, taśma na ustach zabrała słowo, uderzenie w tył głowy pożegnało świadomość. Nim zorientował się co się stało, nie było już lwów, ani Bismarcka. Nie było psów i widoku fosy rozlewającej się śmierdzącą wodą. 
     Najpierw otworzył oczy, łapiąc nozdrzami wilgotne powietrze. Jednak zwierciadła umęczonej duszy nie dawały się namówić do widzenia czegokolwiek. Słyszał jedynie ściszone rozmowy.
     - czas kochasiu żebyśmy się bliżej poznali - powiedziała postać skryta za kotarą  - podejdę teraz spokojnie, nie próbuj nawet patrzeć w moją stronę, bo zabiję od razu. Wszystko mi jedno - pomyślał
     Żylaste dłonie pełne bruzd i pamiątek po przebytych bitwach zerwały taśmę. Odetchnął. 
     - Nie bardzo rozumiem, powiedział udając, że naprawdę nie wie z jakiego powodu ktoś napadł go środku miasta. Nie bardzo rozumiem, powtórzył o co w tym wszystkich chodzi. I co to ma znaczyć ? Przyznam szczerze, że mam to w dupie, jednak tak dla porządku, tak żeby wiedzieć gdzie przysłać grabarzy...
     - zamknij gębę, nazistowski bękarcie. Czas zakończyć to co nieuniknione i rozliczyć stare grzechy, o grabarzy nie musisz się martwić, poza tym jak niby miałbyś ich wezwać, i kiedy? Oprawca najwyraźniej nie zrozumiał żartu, nie mógł sobie poukładać kolejności, po co ten który żyje miałby dla samego siebie wzywać strażników wieczności. - zamknij ryj - dodał na wszelki wypadek...
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz