wtorek, 17 grudnia 2013

Dwudziesta piąta część wrocławskiej opowieści


 część dwudziesta piąta

- Paul, nie sprawdzisz co to za karteczka?
- Zupełnie o niej zapomniałem, poczekaj już tylko niech ją znajdę. Włożył szeroką dłoń do wewnętrznej kieszeni, twarda rękojeść noża bosmańskiego przypomniała o swojej obecności. Wśród szpargałów tak potrzebnych do otwierania niepokornych drzwi wejściowych mieszkań wysokich funkcjonariuszy SS schowało się w rogu małe zawiniątko. - Mam. Powiedział z nieskrywanym zadowoleniem.
     Rzeźnik z Cosel nie znosił czekać długo, na nic, nie tolerował także bałaganu nawet we własnej kurtce. Precyzja i wręcz pedantyczna dokładność wiele razy pomogły mu doskonale realizować postawione cele. Zadania jakie sam wymyślał dla siebie i swoich wiernych towarzyszy. Nikt lepiej nie zacierał śladów, nikt lepiej nie przygotowywał mylnych tropów. Karteczka o którą dopominał się Lowe była na razie dla Paula nic nie znaczącym drobiazgiem, drobnym prezentem z krainy liliputów. Uśmiechając się szeroko, zupełnie tak jak gdyby czytał opowiastkę na ostatniej stronie gazety zaczął rozwijać miniaturową kopertę. Rozchylił zawartość i odczytał jej treść. Na małym pożółkłym pergaminie drobnym drukiem napisane było zadzwoń piętnaście po jedenastej wieczorem
- Stary, do jasnej cholery, nic nie rozumiem, ale powoli przestaje mnie to bawić. Ktoś droczy się z nami. A może, wiesz... może nie my mieliśmy znaleźć tą dziwną wiadomość. Jest tylko napisane zadzwoń i podana godzina za piętnaście dwunasta. Rozumiesz coś z tego? Gdzie ktoś miał zadzwonić
- Sympatyczny
- Co ty bredzisz Lowe ?
- Atrament Paul. Na bank, numer zapisali sokiem z cytryny. Żeby go odczytać liścik przestanie istnieć, nie głupio, muszę przyznać. Uśmiechnął się przy tym szelmowsko. Stachowsky spojrzał na zegarek i energicznie pchnął kompana do bramy.
- Mamy mało czasu jeśli chcemy się dowiedzieć kto jest po drugiej stronie i co ma do przekazania musimy się śpieszyć, moja stara cebula wskazuje, że do wyznaczonej godziny został kwadrans. Zresztą nie mamy pewności czy to chodzi o dzisiejszy dzień
- Na bank powiedział Lowe. Koperta była sucha, czyli ktoś ją zostawił albo zgubił ją przed chwilą. Cały dzień lało w Cosel.
     Wciąż ubrani, w obłoconych butach rzucili się do telefonu...
     Dzdzyńńńń, dzdzyńńńń Telefon wyrwał go z lektury kolejnego dziennika. Myśli jak posłańcy z innej krainy dobijały się o jego uwagę. odebrać? może to zbyt niebezpieczne? kryjówka w tajnym mieszkaniu profesora wydawała się bezpieczna, lecz teraz kiedy ujawni swoją obecność będzie spalona. A może dzwoni ktoś z bractwa, możne pozna sekretne szczegóły i w końcu uda mu się do nich zbliżyć? Telefon wciąż dzwonił rozrywając ciszę na strzępy
     - halo? powiedział niezbyt pewnie
     - dobry wieczór odezwał się głos
     - dobry wieczór odpowiedział
     - czy dodzwoniłem się do Karla?
     - nie to pomyłka, to mieszkanie prywatne w którym nie mieszka Karl, odpowiedział zdecydowany podjąć grę z nieznajomym którego głos dziwnie był mu bliski - a kto przy telefonie?
     - Schubi odpowiedział głos
Nie miał wątpliwości z kim rozmawia, pamięć do głosów i twarzy zawsze go wyróżniała, nie raz myślał że gdyby nie robił tego co robi byłby świetnym policjantem
     - ach tak, powiedział - myślałem że tylko ludzie o imieniu Paul mają tak niskie głosy i okropne wąsy którymi łaskotają młode tancerki. Odpowiedział uśmiechając się przy tym.
Zapanowała cisza. Paul stał osłupiały
     - co jest? zapytał Lowe
     - eee, to znaczy normalnie mnie zatkało...
     - halo proszę pana, głos w słuchawce wybrzmiewał metalicznym echem
     - tak? odezwał się po chwili Paul
     - za godzinę pod lwami na placu królewskim, tylko bądź sam
     - w porządku, za godzinę odpowiedział Stachowsky

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz