poniedziałek, 18 listopada 2013

Dwudziesta trzecia część wrocławskiej opowieści



część dwudziesta trzecia

... dobrze wiedział, że jedynym warunkiem zgubienia ewentualnego pościgu jest przeczekanie, najlepiej w najmniej oczywistym miejscu. Zasada że najciemniej jest pod latarnią wiele razy sprawdzała się w niebezpiecznych okolicznościach. Wybrał najbliższą bramę. Drzwi były otwarte, a nocny stróż najprawdopodobniej spał w najlepsze. Pierwsze piętro i nić drewnianych schodów, drugie piętro i lakierowana balustrada. Stał nieruchomo starając się cicho oddychać, jednak wspomnienie niedawnych przeżyć powodowały szybkie i głośne kołatanie serca.
- spokój! powiedział ściszonym głosem. Był w podobnych opresjach nie jeden raz, jednak nigdy aż tak mocno ich nie przeżywał, być może jest to zapowiedz czegoś więcej? pomyślał
Dyskretnie zerkał na ulicę jednocześnie nasłuchując czy nieproszeni goście nie zamierzają złożyć mu niespodziewanej wizyty. Ulica wydawała się być pusta, uśpiona w nocnym letargu po całodniowej harówce.
- czyżby nikt nie usłyszał strzału? żadne okno nie zapaliło się elektrycznym stuwatowym światłem, pomyślał, - żadnego patrolu, podniesionych głosów, wzywania pomocy?
Czujność i doświadczenie podpowiadały mu żeby tym bardziej wzmóc ostrożność. Dyskretnie raz jeszcze zerknął przez szerokie okno obszernego wspólnego korytarza. Nikogo nie było, nikt nie chciał go zaaresztować, zadenuncjować a tym bardziej zabić.
Powoli zszedł nasłuchując każdego szmeru. Przez otwarte drzwi wdarło się mroźne jesienne powietrze. Ożywczy wiatr owiał głowę, pomagając myślom uporządkować kolejność wystąpień. Poprawił płaszcz, zupełnie tak, jak gdyby osmolona dziura była tylko śladem przypalonego żelazka, nasunął na czoło kapelusz i wyszedł, nie zwracając tym razem uwagi na nikogo. Zupełnie normalnie wyglądający przechodzień z dziurą w płaszczu. Kluczył ulicami nieznanej części miasta, przechodził place i skwery, aż dotarł do rozwidlenia dróg, gdzie po prawej stronie rysował się gmach koszar wojskowych. Nadmierne ryzyko mogło kosztować go życie, więc bez zbędnych rozważań obrał odwrotny kierunek, tym razem przechodząc w pobliżu okazałego gmachu jakiegoś urzędu. Po godzinnym marszu, stanął w końcu i kryjąc swój cień za rozłożystym drzewem wyciągnął zawiniątko w którym ukryte były klucze wyciągnięte ze skrytki. Na dołączonej do nich karteczce drobnym drukiem zapisany był adres
- wiem gdzie to jest, byłem tam nie raz, pomyślał...
Nic nie mogło go zatrzymać, nawet patrol z dziwnie znajomymi żołnierzami nie był wystarczającą zaporą. Ściskając rękojeść rewolweru, modlił się w duchu aby nie musiał go użyć. Po krótkiej rutynowej rozmowie na odczepnego okazał im dokumenty i lakonicznie bez specjalnego zaangażowania  rzucił,  że śpieszy się do ukochanej.
Młody oficer w przypływie solidarności zdobywców niewieścich serc, życzył mu powodzenia, obdarzając swojego rozmówcę dwuznacznym uśmiechem. Prosty wykręt przypomniał mu spotkania i spacery po nadodrzańskich uroczych ścieżynkach. Pełne rosy, oczekiwania i brzęczących owadów, długie rozmowy. Nić porozumienia coraz silniej wiążąca dwoje nieznanych ludzi w środku obcego miasta. Ufał, że i tym razem uda się odbudować więź tak kruchą i ulotną. Od ostatniego spotkania minęło wiele czasu, zbyt wiele, pomyślał. Jednak wojna, w tak szczególnym dla niego momencie pochłaniała każdy promyk słońca, wcześniej zarezerwowany tylko dla niej, każdy głęboki oddech i ulotne spojrzenie. Być może jutro, być może za tydzień, odszuka ją i wszystko wyjaśni. Z tą myślą pełen nadziei ruszył dalej. Do Zimmer Strasse został jeszcze spory kawałek do przejścia. Miał nadzieję, że ten adres okaże się bezpieczny. Po przekroczeniu ruchliwej Strasse der SA skręcił w Sadowa Strasse. Stąd zaledwie trzy przecznice dzieliły go od celu podróży. Zimmer Strasse była zupełnie pusta, nieopodal siedziby Horusa wszedł do bramy oznaczonej numerem 21. Wspaniały okazały korytarz, bogato zdobiony był tylko przedsmakiem właściwej klatki schodowej. Ornamenty pod sufitem przykuły jego wzrok na dłużej. Bogactwo formy i dbałość o najdrobniejsze szczegóły nadawały tej kamienicy niezwykły czar. Wdrapał się na drugie piętro, klucz idealnie pasował do zamka, masywne drewniane drzwi uchyliły się lekko ukazując zaskakujący, wspaniały widok. Drugie, tajne mieszkanie jeszcze bardziej wskazywało na zainteresowania swojego właściciela. Pewny że nic nieoczekiwanego go tu nie spotka zapalił światło w korytarzu. Pierwszym przedmiotem jaki zauważył była oprawiona w cielęcą skórę książka. Otworzył, powąchał kartki, pachniały orientalnymi kadzidłami i bezkresnym stepem. Na pierwszej stronie napis przykuł jego uwagę. "Jezioro Wiktoria 30.09.1920r." Poczuł nagle jak dotąd spokojny oddech stał się szybszy, puls głośniej wystukiwał rytm a ciekawość lektury odwróciła uwagę od czegokolwiek. Lewą ręką zaryglował otwarte dotąd drzwi i przeczytał pierwszą linijkę:
"Miejscowe plemiona wydają się być niezwykle groźne, z trudem przyjdzie nam badać cechy morfologiczne, nie tracę nadziei. Być może jutrzejsza wyprawa do miejscowego kacyka przyniesie nowy bieg naszych spraw..." Pierwszym przedmiotem w tajemniczym mieszkaniu był pamiętnik właściciela, zapalił papierosa i usiadł w fotelu. Lektura była niezwykle pasjonująca, dawała również nowy nieznany obraz starego przewodnika, nie myślał teraz o tym. Afryka wzywał głosem tam tamów i obrzędowymi tańcami czarowników...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz