czwartek, 17 października 2013

Dwudziesta część wrocławskiej opowieści



część dwudziesta

     ... podczas gdy dwójka wiernych przyjaciół raczyła się własnym towarzystwem, pasjonującą rozmową i gęstym kożuchem piany bawarskiego przysmaku, w południowych dzielnicach Breslau na skrzyżowaniu Hohenzollern Strasse i Kirsch Allee kończyła się pewna epoka.
     Starszy mężczyzna oparty wciąż o hebanową laseczkę oddawał właśnie ducha pod opiekę Opatrzności i nie mógł być pewien dokąd zmierza. Jego życie - długie, pełne zakrętów i niespodziewanych zwrotów akcji z powodzeniem mogło być fabułą pasjonującej powieści, jednak teraz, nieopodal murów szpitalnych ulatywało. Bezszelestna śmierć zaglądała  łapczywie zza  wieży ciśnień, wyczekiwała na najlepszy moment aby ukazać swe oblicze, cierpliwie czekała na starego profesora aby chwycić go za ręce i pokazać wody styksu. Nikt nie mógł tego zatrzymać, nikt nie mógł wcisnąć hamulca bezpieczeństwa w pociągu do wieczności który właśnie odjeżdżał ze stacji Breslau Kirch Allee .
     Zostały minuty a może sekundy, w końcu zgodnie z pradawnym obyczajem każdy ma taki koniec na jaki sobie zasłużył w ciągu życia. Niemy film przetoczył się starcowi przed oczami. Romans ze złem wcielonym, nawrócenie, pokuta, słabości i triumfy, utkane w misterny kilim rozwieszone zostały na wysokich tyczkach Boskiego Królestwa.
     Sąd nad jego duszą i sprawiedliwy wyrok który miał zapaść nie był jeszcze przesądzony.Jad wstrzyknięty przed chwilą zaczynał paraliżować ciało. Pierwsze odmówiły posłuszeństwa kończyny, z pewnością za chwilę oddech stanie się coraz cięższy, co będzie następne? tylko jedno było pewne - mózg w którym mieszkają szaleństwa człowieka trucizna dopadnie na końcu. Czas który pozostał nie śpieszył się, specjalnie oddał trochę ze swojego bezkresu profesorowi na krótką rozmowę z samym sobą.
     Uczucie strachu i niemocy ogarnęło starca. - Teraz albo nigdy pomyślal, przebaczenie lub kara, Boże drogi -przepraszam wymamrotał ledwo słyszalnym głosem. Pot na skroniach, zimny wysłannik sumienia które po raz kolejny o sobie przypomniało był jednocześnie rosą na pomarszczonych, zwiędniętych liściach okazałego parkowego dębu. Życie powoli uchodziło, a on nie zastanawiał się nawet nad tym dlaczego, wiedział aż nadto. Złamał przysięgę, zdradził sekretny krąg. Ujawnił tajemnicę której był powiernikiem. Bez prawa łaski dla zdrajców przyjmował kolejne stopnie wtajemniczenia stając się częścią wielkiej tajemnicy. Sam ustanowił to prawo, wszystko albo nic.
     Imię jakie mu nadali bracia brzmiało Kappa i doskonale określało przywary jego fizyczności, zamiłowanie do morskich stworów i oddanie z jakim uczestniczył w misternych obrzędach swojego bractwa.
     To właśnie on odpowiadał za odnalezienie wiele lat temu medium w szpitalu dla obłąkanych przy Einbaum Strasse Pozycja zawodowa, oraz szacunek jakim darzyły go władze uczelni bez trudu umożliwiły na podjęcie prywatnej "terapii" młodej schizofreniczki, która oprócz typowego dla chorych rozdwojenia jaźni wskazywała zdolności profetyczne. Zauważył to natychmiast kiedy tylko młoda szczupła kobieta przekroczyła próg jego gabinetu. Doskonale pamiętał każdą z sekwencji zdarzeń...
- Proszę usiąść - zwrócił się do kobiety wskazując na sofę stojąco po prawej stronie biurka. Zerkając to na kartę choroby to na chorą nanosił ostatnie poprawki w swoich podręcznych notatkach.
- Nazywa się pani Amelie Rosenweg - popatrzył dokładniej w kierunku kobiety. Dopiero teraz ujrzał jej oczy. Pełne czaru jaki mają tylko dzikie nieodgadnione zwierzęta. Wydawały się tworzyć z drobnymi kośćmi policzkowymi i trójkątnym podbródkiem doskonałą całość. Była ładna jak na Niemkę, nawet bardzo ładna. Od kiedy pamiętał uwielbiał spędzać czas w towarzystwie właśnie takich młodych panienek, których doświadczenie życiowe zamykało się na ukończeniu szkoły, zamiłowaniu do jazdy konnej i grze na pianinie ustawionym w centralnym punkcie pokoju gościnnego  rodziców.
     Wmawiał sobie, że uległość tych kruchych istot wynika z jego wysublimowanego poczucia estetyki, nienagannych manier, oraz intelektu którym wręcz porażał swoje rozmówczynie. Rzeczywistość była zgoła inna, żadna z panienek nawet przez chwilę nie pomyślała o nim  z szacunkiem i uznaniem. Znosiły jego nachalny, arogancki styl bycia ze względu na strach o siebie i swoich bliskich. Z reguły bywało tak, że spotkania nie były dziełem przypadku, a sam profesor dobierał sobie kobiety według ściśle określonego klucza. Amelie była inna, równie atrakcyjna jak jej poprzedniczki, jednak w przeciwieństwie do nich ona nie bała się starego lekarza. Wręcz przeciwnie od pierwszego momentu dominowała nad nim pod każdym względem. Tuż po rozpoczęciu wstępnego wywiadu coś zaniepokoiło profesora.
     Ściany gabinetu zdawały się przesuwać, pomieszczenie z sekundy na sekundę było coraz mniejsze. Przedmioty zachowując swój naturalny kształt stawały się coraz mniejsze zmieniając jedynie formę.
- Stop! krzyknął profesor
- Czy coś nie tak? zapytała miękko dziewczyna rozrzucając płatki róż wokól własnej osoby.
- Co robisz?! Przestań w tej chwili - krzyknął wzburzony
     Podniesiony głos szefa kliniki psychiatrii był słyszalny na korytarzu dostatecznie wyraźnie. Sskutecznie wzbudził zainteresowanie pielęgniarki oddziałowej która nie bacząc na być może krępującą sytuację postanowiła interweniować natychmiast. Otworzyła energicznie drzwi i równie zdecydowanie wkroczyła do owalnego gabinetu.
     Obraz jaki ujrzała w równym stopniu wprawił ją w osłupienie co narastające zmieszanie
- Przepraszam profesorze, słyszałam pański podniesiony głos... widzę jednak że moje najście było zbyteczne.
     Pielęgniarka ujrzała nienaruszony gabinet z sękatym biurkiem pod oknem, ciężkimi masywnymi szafami na książki i sofą stojącą pod ścianą na której lekko oparta siedziała  pacjentka. Podłoga i okna  były jak zawsze w doskonałym porządku, na ścianach równo jeden obok drugiego wisiały dyplomy i wyrazy uznania dla lekarza, jedynie stary profesor w pokrętnej figurze z przedziwnym grymasem na twarzy siedział przy swoim biurku i wydawał się być czymś  mocno  przejęty...
     Siebenhufener Strasse spowita delikatnymi promieniami lamp ulicznych zanurzona był w śnie. Dawno już wszyscy przechodnie udali się do swoich domów na spoczynek.
     Po pożegnaniu się z Paulem szedł pustą ulicą. Brak towarzystwa zabawnego kompana i nie tak dawnej rozmowy odmienił nastrój i bieg myśli. Nie mógł  oprzeć się wrażeniu, że niepokój który teraz nim zawładnął ma związek z kimś bliskim. Być może ten w którego imieniu modlił się w Oswitz potrzebuje pomocy? Nagły strach o przyjaciela zawładnął nim jeszcze bardziej. Może nie chodzi o niego? pomyślał
     Nie wiedział, że zaledwie kilka przecznic dalej ze Światem żegnał się człowiek będący jedyną przepustką do tajemniczej krainy opanowanej przez czcicieli demona. Nie wiedział również, że to sekrety ekslibrisów ujawnione podczas dwóch spotkań stały się przyczyną końca...

Jak myślicie dlaczego akurat w tym miejscu profesora spotkała kostucha?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz