piątek, 4 października 2013

Osiemnasta część wrocławskiej opowieści



część osiemnasta  

 … zamknij się, powiedziałem raz i nie będę powtarzał – krzyknął do miałczącego miłośnika policji - po prostu nie mam w zwyczaju strzępić języka,  dodał już po cichu w kierunku przyjaciela, zrobił przy tym delikatny grymas który mógł uchodzić za ćwierć a może nawet pół uśmiech.
     – no jak tam brachu przedstawisz się nam? tym razem wściekły wzrok skupił się na twarzy pooranej nieregularnymi bruzdami.
      Paul już taki był, bezpardonowy i mocny jak młot kowalski wybijający z rozżarzonego metalu dowolne formy. On również potrafił nadawać nowe kształty obiektom do których wszyscy zdążyli się przyzwyczaić.
     Tym razem materia rzeźbiarza utrzymywała swoją konstrukcję od blisko czterdziestu lat. Nie licząc zmian na twarzy struktura fałszywego księdza wydawała się być w niezłej formie. Stachowsky przewyższał o głowę i wzrostem i siłą obu niedawnych rozmówców, zdawał sobie sprawę ze swojej przewagi więc podobnie jak to miał w zwyczaju i tym razem postanowił to wykorzystać
      - Jeśli nie chcesz się nam przedstawić, to może ja tymczasowo wymyślę dla ciebie imię. Podrapał się chwilę po głowie, zakręcił potężnym wąsem i z nie skrywaną radością orzekł, że nieznajomy od dziś będzie nosił imię Judasz przynajmniej dopóki nie przyzna się jak naprawdę ochrzcili go rodzice.   
     – Wiesz on też skończył na stryczku, dodał.
     W jednym momencie złapał duchownego za prawą nogę i podniósł do góry. Zaskoczenie i zdecydowanie rzeźnika nie dały więźniowi żadnych szans. Po chwili obie kończyny były związane mocnym sznurem, zaś sam bohater z niemałym zdziwieniem wisiał na drzewie pod którym przed chwilą stał. Gruby sznur sprawnie przeciągnięty przez konar starego dębu oplątywał niemiłosiernie mocnym węzłem drzewo.
       - Taaaak, pomyślmy....przeciągle powiedział Stachowsky, właśnie pomyślałem Judaszu, że aby nie tracić czasu już też rozpoczniemy naszą pogawędkę. No więc będzie tak jak w książkach dla młodziutkich adeptów szkoły policyjnej napisał pewien stary wąsacz
     – Imię i nazwisko, krzyknał wprost do ucha wisielca - miejsce urodzenia imię ojca, nazwisko panieńskie matki…
     Stachowsky kontynuował swój wyjątkowo głośny popis oratorski, podczas gdy pątnik zajął się siedzącym pod drzewem bauerem. Nie był dla niego tak zdecydowany jak Paul. Przykucnął jedynie i coś szeptał na ucho mimowolnemu świadkowi niespotykanych dotąd w Oswitz wydarzeń. Kiedy wstał miejscowy gospodarz również podniósł się ciężko i z głową spuszczoną ruszył w kierunku dwóch świętych, którzy szczęśliwie spoglądali w kierunku ulicy. Ich zakonne kamienne oczy nie widziały tego co stało się potem.
     Niedoszły skazaniec duchownego wymiaru sprawiedliwości wrócił do rozmówców, nie był specjalnie zdziwiony widokiem jaki w scenerii drogi krzyżowej ujrzał. Północny wiatr który wciąż przyglądał się zajściu postanowił nie uronić ani słowa, ani odrobiny z przesłuchania. Był protokolantem i ławnikiem w jednej osobie. Podział ról tego swoistego procesu został określony już wcześniej. Nikt nie miał wątpliwości kim był prokurator, brakowało jedynie obrońcy z urzędu, nie licząc Chrystusa który w swoim miłosierdziu z pewnością wybaczył by niegodziwość wisielcowi podobnie jak to uczynił dwóm szubrawcom na Golgocie.
      - Po co go puściłeś? zapytał od razu Paul, zaraz będziemy mieli na głowie żandarmów z pobliskiej jednostki. Rozłożył bezradnie ręce, szepcząc coś pod grubym nosem. Echhh westchnął i dał mocnego kopniaka wisielcowi. – Jeden uratowany, drugi pokrzywdzony, dodał. – Bach! krzyknął kopiąc po raz drugi szamoczącego się człowieka.
      - Nic nie powie…
      - Co mówiłeś przyjacielu ?
      - Powiedziałem że wieśniak nic nie powie, zaręczam ci że tajemnicę tego spotkania weźmie ze sobą do grobu
      - Jak to? Co mu wyszeptałeś? Dopytywał wyraźnie zdziwiony, unosząc to znów opuszczając potężne zakręcone wąsy
      - Nic takiego. Opowiedział i w tym samym momencie zwrócił się do wiszącego głową w dół, podciągnął sutannę która wciąż opadała mu na twarz, spokojnie lecz zdecydowanie zapytał.
      - Zadałem ci pytanie… dlaczego ja?
Wisielec spojrzał wymownie niebieskim, wręcz przezroczystym błękitem, zaglądając w najgłębszą szczelinę do wnętrza człowieka któremu udało się ujść z życiem. Dobrze wiedział, że nie ma w tym przypadku. Wiedział, choć nie chciał tego przyznać nawet przed sobą, że zmierzył się z najtrudniejszym przeciwnikiem któremu sprzyjała Opaczność. Podobnie jak podczas rozmowy z Pulem nic nie powiedział. Adwersarz nie dawał za wygraną, ponownie zrównał się z oprawcą
     - Słuchaj tak czy inaczej, tu czy tam twoje losy są już policzone, powiedz dlaczego ja? Nie mam żalu o to że musiałem zginąć, nieuchronność końca wpisana jest w narodziny. Wiemy to obaj,  ale dlaczego polujesz właśnie na mnie?
     - Wyjaśnię ci to kiedyś w Grüssau odparł wisielec – pod murami świątyni, dodał.
      - Nie może być ! Nasz truposz jednak nie stracił mowy ze strachu, szybko zrepetował Paul. Obawiam się mój miły, że nie będziesz miał czasu na kolejne spotkanie. Nooo chyba że jako duszek niesforny przylecisz i będziesz strącał talerze z kredensu. Hahahahaaa.
     Roześmiał się tak, że o mało nie stracił równowagi.
     – A teraz do rzeczy, jeśli nie jesteś rozmowny tu, zabieramy cię na wycieczkę. Powiedział to ostro momentalnie zmieniając nastrój. Wujek Paul zaprasza cię do siebie. Lwia grzywa mojego przyjaciela na pewno ci się spodoba.
      Zdjęli wisielca z drzewa, okazało się że zabójca zaparkował niedaleko od świątyni swój samochód. Było to dla nich jak prezent urodzinowy. Zapakowali lekko poturbowanego więźnia i ruszyli w kierunku Ransern.
      - Paul, gdzie jedziemy? zapytał
      - Musimy unikać rozgłosu, zaparkujemy dryndę niedaleko jazu i przejdziemy górą do lasu przy Cosel, stamtąd już niedaleko do naszej sali tanecznej. Zobaczysz, nasz nowy znajomy nauczy się stepować na węgielkach. Mam kilka stałych punktów programu, niezwykle widowiskowych, uwierz mi. Paul odwrócił się do związanego grubym sznurem pasażera i wymownie uśmiechnął się ukazując biel i pewne niedostatki w uzębieniu.
     – W lesie stacjonuje wojsko, co prawda jest już późno, jednak ostrożności nigdy nie za wiele. A prawda nie opowiedziałem ci o rudowłosej…
      Jechali przez las ciemność wieczoru rozświetlały smugi światła rzucane przez samochód, wilgoć unosząca się w powietrzu wyraźnie przypominała o nadejściu jesieni. Paul całą drogę opowiadał o zaletach nowopoznanej piękności. Była to aktorka Capitolu. Co widziała w tym grubiańskim rzeźniku, nie mógł odgadnąć, być może Stachowsky w obecności kobiet ukazywał swoją drugą, liryczną naturę...
     Podróż nie trwała długo, po drodze widzieli kontury jakiegoś pomnika. Kiedy dojechali w okolice śluzy szum wody był coraz mocniejszy. Narastał z każdym krokiem. Nasuwało to wspomnienia z wyprawy w głąb afrykańskiej dżungli i widok potężnego wodospadu który daje początek Nilowi, najdłuższej rzece czarnego lądu.
      - jesteśmy, powiedział Paul – a teraz szybciutko na górę i szoruj do przodu
     Jaz zrobił na nim wrażenie, nigdy wcześniej go nie widział, tym bardziej zwracał uwagę na każdy detal. Potężne bloki podtrzymujące kładkę na której teraz stali sprawiały wrażenie pradawnej warowni. Układ samej budowli skojarzył mu się z okrętem. Szukał w pamięci nazwy statku o podobnym kształcie mostku.
      - Szybciej krzyknął Paul, nie ma czasu na marudzenie. Słowa wyrzucił do więźnia który nieoczekiwanie wspiął się na barierkę i skoczył do wody. Spieniona Odra nieco zdziwiona z miłośnika kąpieli postanowiła się z nim zabawić. Brunatny kożuch spienionej wody przykrył głowę śmiałka. Dłuższą chwilę niczego nie było widać. Paul stał osłupiały z szeroko otwartymi oczami niedowierzając temu co się stało w ułamku sekundy
      - niech mnie kule biją – widziałeś to?
      - widziałem, odparł ale wydaje mi się, że próba ucieczki się nie powiodła. Nic prócz wirów, piany i mętnej wody nie widać. Poczekaj tu chwilę, zejdę na dól sprawdzić może jakimś cudem udało mu się dopłynąć do brzegu
      - z zawiązanymi rękami ? Nie żartuj,  chyba że nasz kawaler pracował w cyrku Bucha zaśmiał się ironicznie Paul. Jednak tak naprawdę nie do śmiechu mu było. Stracił okazję do poznania bardzo ważnych szczegółów dotyczących ludzi których szczerze nienawidził.
Minął kwadrans, stali teraz razem nad pieniącą się rzeką paląc papierosy. Chmury siwego dymu rozmywały się na tle ciemnego nieba. Cisza jaka panowała pomimo szumu toczącej się wody pozwoliła na pojawienie się długo oczekiwanej refleksji.
      - wiesz co, skoro i tak nic tu po nas, zapraszam na przejażdżkę, w końcu samochód czeka niedaleko. Pokażę ci coś po drugiej stronie miasta.
     Auto ruszyło z warkotem, pędzili teraz pustymi ulicami. po kwadransie znaleźli się na szerokiej, bogatej Strasse der SA. Okazało się że samochód ma podnoszony dach, wiatr przyjemnie owiewał im głowy. To był naprawdę ciepły, miły wieczór. Gdyby nie wydarzenia które znalazły swój epilog nie w pełni zgodny ze scenariuszem. Minęli zajezdnię tramwajową i po chwili byli na autostradzie.
     - autobahn nach Kattowitz, Paul uśmiechnął się życzliwie - spójrz na prawo
     To co zobaczył wprawiło go w osłupienie prosta a jednak swobodna forma, doskonale wpisująca się w pęd jaki towarzyszy szumiącym samochodom jadącym nie wiadomo gdzie
     - czy to nie jest jedna z możliwych dróg do  Grüssau? zapytał
     - w przeciwną stronę Przyjacielu, cała naprzód i jesteś na miejscu odparł Paul


Tym razem nie będzie pytania, wydaje mi się że propozycja konkursu się wyczerpała, chociaż aż mnie korci żeby zapytać jaki pomnik widzieli, dlaczego jaz przypomina okręt i co przykuło uwagę naszego bohatera

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz