piątek, 27 września 2013

Siedemnasta część wrocławskiej opowieści



Część siedemnasta

     Po pożegnaniu się z Paulem, szlakiem pielgrzymim udał się w podróż która miała ocalić jego przyjaciela. Jakież było jego zaskoczenie kiedy zorientował się, że z pozoru oddalona, peryferyjna ulica tętni życiem. Żołnierze w towarzystwie pięknych pań siedzieli w ogródkach małych przydomowych knajpek, właściciele przybytków nad wyraz życzliwie spełniali wszystkie stawiane im wymagania podając złociste kufle z których bokiem uciekała świeża piana. Donosili przystawki i niezwykle przygotowane zakąski.
     Młody mężczyzna w nienagannie skrojonym garniturze zapraszał właśnie do stolika piękną brunetkę o zielonych oczach i tajemniczym spojrzeniu. Kobieta nieco powściągliwie zgodziła się przyjąć zaproszenie, szepcząc pod małym noskiem uwagi pełne powątpiewania. Nie zrażało to jednak adoratora, który wydawał się być zachwycony świetnie zapowiadającym się wieczorem.
     Stał przez chwilę przyglądając się temu ulicznemu rejwachowi, po chwili musiał przeciskać się pomiędzy wiwatującymi, kompletnie pijanymi żołdakami garnizonu Breslau, którzy najpewniej świętowali pierwsze godziny przepustki i krótkiej wolności, jaką daje wymarzony urlop.
Szedł teraz sam, po prawej stronie minął aptekę w przepięknej secesyjnej kamienicy. Miał już skręcić w ulicę Lipską, jednak jego uwagę przykuło nowe osiedle domków zbudowanych zgodnie z modernistyczną szkołą której piewcą i orędownikiem był min. Hainrich Lauterbach. Bardzo cenił sobie architektów lat 20-tych którzy również dekadę później starali się zachować czysty, nieskażony partyjnym motłochem  charakter własnej sztuki.
     Nie wiedział jak modernizm odnalazł w nim ciepły kąt i tyle uwagi. Być może proste formy i funkcjonalność układu przestrzennego, który u miłośników kątów prostych jak zwykł określać Richarda Konwiarza i jemu podobnych porządkowały tak niestabilną rzeczywistość dookoła, że właśnie to działało na niego kojąco i nastrajało pozytywnie. Spojrzał raz jeszcze na szare tynkowanie i ruszył w kierunku Wzgórza Kaplicznego o którym tyle słyszał.
     Pobliskie drzewa tworzyły wspaniałą grę światła i cieni, układały się w najrozmaitsze kształty, to znów podnosiły się nagłym podmuchem wiatru, igrając sobie i bawiąc się kosztem przechodzących ludzi. Cisza panująca wokół doskonale uzupełniała jego nastrój. Teraz myśli były bardziej słyszalne a kroki rytmicznie uzupełniały coraz szybszy oddech. Nieokreślona siła pchała go naprzód, nie pozwalając spojrzeć za siebie, ciche wołanie lasu, zaproszenie do spotkania na które czekał... choć o tym nie wiedział.
-Jesssteś – przeciągły głos wydały z siebie drzewa, -Czekamy…
Stanął i nasłuchiwał wołania, jednak nikt się nie odezwał, tylko wiatr rozdmuchiwał liście i zaczepnie poruszał konarami drzew.
     Poczuł jak skóra zmienia gładkość, niepokój jaki go nie opuszczał od Mostu Groszowego teraz przechodziła w przekonanie a właściwie pewność że to właśnie dziś i właśnie tu finał swój będzie miała przepowiednia wywróżona wiele lat temu w Indiach. Siła i wezwanie słyszalne teraz jedynie w głowie było jak echo w tunelu kolejowym przy Berlinerstrasse
-Jessteśśś – zdawał się słyszeć – Pośpiesz się….
     Figury świętych spoglądały przypominając losy które wyryły bruzdy na twarzach patronów. Krzyż i Dzieciątko Jezus. Narodziny i Śmierć. Całe życie zawarte w dwóch symbolach. Brakuje zmartwychwstania, pomyślał. Więc jeśli początek i koniec stają się wstępem, drogą na wzniesienie przybywają mający nadzieję na zmartwychwstanie. Wszedł jak setki przed nim, kaplica go rozczarowała, nie wyglądała tak imponująco jak na to zasługiwała, przystanął na chwilę i nim przekroczył próg świątyni starał się dojrzeć Judasza wśród apostołów witających pielgrzymów znad drzwi.
     Półmrok jaki panował w środku powoli stał się oswojony, jak kot którego łapki z początku niepewnie, jednak wraz z upływem czasu coraz częściej zagrzebują się w miękkim kocu rozłożonym na kolanach właściciela. Nikłe światło przebijające się przez witraże oświetlało jednak to co w tym miejscu było najważniejsze. Usiadł w dębowej ławie ze złożonymi do modlitwy rękami, przymknął oczy i rozpoczął rozmowę z Bogiem, co pewien czas spoglądał w kierunku świętej figury szukając wsparcia w prośbach kierowanych w imieniu przyjaciela. Zapach żywicznych kadzideł unosił się w środku, jednak nie był nadto intensywny. Przypominał jedynie o niedawnej obecności wiernych i  odbytym nabożeństwie.
Spojrzał na zegarek. Wskazówki ustawiły się w linii prostej wyznaczając godzinę osiemnastą, dzień przechodził już w półmrok osłabiając kontury wyostrzając zapachy wczesnej jesieni. Także tu, na uświęconej Ziemi dało się odczuć upływ czasu. Świeże kwiaty które jeszcze w czerwcu bujnie ozdabiały ołtarz zastąpiły teraz kompozycje polnych suszy, niezwykle strojnych, jednak tyle samo pięknych co smutnych. Nie zauważył kiedy do kaplicy bocznym wejściem od plebanii wszedł  ksiądz. Zanurzony w rozmyślaniach i modlitwie nie rejestrował zachodzących zmian. Oto duchowny w jednym momencie wstał i wyszedł, starsza kobieta jak gdyby w ostatniej chwili zrezygnowała z modlitwy, powiedziała tylko pod nosem kilka słów, poprawiła chustkę na głowie i zniknęła za drzewami.
- Dobrze że przyszedłeś, czas zakończyć to co dawno rozpoczęte
     Za plecami odezwał się surowy, twardy głos, wybrzmiał w kaplicy mocno i zdecydowanie, nie było wątpliwości że adresatem był pątnik zanurzony w modlitwach.
     Zimny pot oblał mu czoło, jednak trzeźwość umysłu oraz wyostrzone zmysły nie odmówiły mu w tym momencie posłuszeństwa. Początkowo nie zwracał na to uwagi, szukając ręką sztyletu z którym się nie rozstawał. Zimne ostrze natychmiast odnalazło znaną dłoń. Wysunął powoli broń i jak gdyby nigdy nic schował w rękawie kurtki.
- wyjdźmy na zewnątrz, wiatr z północy już na nas czeka, spotkanie z ostatecznością wymaga przecież odpowiedniej oprawy, a tu w świętym miejscu jeszcze jakaś dewotka gotowa nam przeszkodzić w rozmowie, powiedział.
     Obrócił się powoli, zachowując jak najbardziej naturalny wyraz twarzy. Spojrzał na siedzącego za nim księdza, który spokojnie dawał ręką znak do wyjścia. Prawa ręka schowana pod habitem zaciśnięta była na rękojeści rewolweru. Pogardliwy uśmiech przecinały głębokie bruzdy blizn. Północny wiatr nie mógł się już doczekać grasując i pogwizdując na niecodzienną scenę. Zakręcał wirujące pomiędzy stacjami drogi krzyżowej liście. Sceneria okazała się odpowiednia. W dole tliły się lampki ustawione na poprzekrzywianych nagrobkach a ukrzyżowany Chrystus zdawał się mówić – Nie mogę ci pomóc.
- Krótka myśl przyszła zza drzew, Może Paul odprawił już rudowłosą piękność i zaniepokoił się moją nieobecnością?
     Niewiele rzeczy w życiu wyprowadziło go z równowagi, niewielu ludzi mogło mu zaszkodzić . Istotę spotkania nie stanowiło zakończenie, tylko przyczyna.
- dlaczego ja? zapytał
- myślę że nasz przyjaciel odpowie nam na to pytanie ze szczegółami w miejscu do którego szczury boją się wychodzić w pojedynkę. Jak myślisz ? chyba zdradzi nam sekret swojej pokiereszowanej facjaty – zuchwale zapytał Paul który jak spod Ziemi znalazł się tuż za człowiekiem z blizną. Opowie wszystko, zapewniam cię, Lowe którego już poznałeś na Sępolnie zna setki sposobów na udaną pogawędkę. Powiedział to jedną ręką przykładając pistolet w okolicy nerek a drugą oparł na szyi duchownego dotykając połyskującą stalą rzeźniczego noża
- co tu się dzieje ?! krzyknął ktoś w oddali Policja ! szybko
- zamknij się jeśli chcesz wrócić do swojej tłustej żonki, morda w kubeł i siadaj pod drzewem powiedział bezpardonowo Paul…


Jacy to Święci przywitali naszego bohatera i dlaczego w rękach trzymali krzyż i Dzieciątko Jezus, jaki budynek modernistyczny zwrócił uwagę naszego pątnika? To pytanie na dzisiaj. Powodzenia !

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz