piątek, 13 września 2013

Piętnasta część wrocławskiej opowieści




Piętnasta część

... Wyglądała na pogrążoną w smutku i rozmyślaniach. Nie chciał przeszkadzać i nachalnie przerywać chwili intymnej samotności w jakiej skrywała się przed Światem pogrążona w bólu kobieta.
- Jednak to przecież ona zadzwoniła, wyraźnie chciała mnie osobiście powiadomić o stanie zdrowia profesora… mam nadzieję że zdrowia, mam wielką nadzieję że nie będzie to informacja o jego …
Rozmyślania przerwał mu niecodzienny widok, oto z bocznego korytarza przykry białym prześcieradłem wyjeżdżał ktoś stąd do wieczności. Rąbek odkrytego materiału uchylił zapis ostatnich chwil nieszczęśnika. Zakrzywione w orlim geście palce przypominały ogrom cierpienia jaki musiał przeżyć nieboszczyk na chwilę przed śmiercią. Kółka szpitalnego łóżka popiskiwały żałośnie utyskując nad nieboszczykiem. Twarz pielęgniarza wskazywał na to że był świadkiem agonii, szloch bliskich dało się słyszeć jak echo odjeżdżającego pociągu było coraz cichsze i mniej wyraźne. Widząc to żona profesora Dorkena niejako wyrwana z letargu podeszła bliżej do sanitariusza, przeszyła go spojrzeniem po którym nawet najbardziej zatwardzały mężczyzna poczuł by ciężar własnych powiek. Odwrócił wzrok i szybkim ruchem poprawił koszulę. Próbował uciec od pytań od zaczepki i konieczności odpowiedzi.
- Jak pan śmie ? zapytała cicho kobieta, jak to możliwe ? Pozostając bez odpowiedzi zerwał nagle prześcieradło. Obraz który wszyscy ujrzeli był wstrząsający. Ciało wykrzywione w konwulsjach jak gdyby zastygło nagle nie odzyskując dawnego kształtu, przykryte niewidzialnym pyłem wulkanicznym Wezuwiusza. Zakrzywione palce były tylko preludium do aktu cierpienia. Twarz nieboszczyka próbowała coś wykrzyczeć, wyrzucić ostatnie słowo, ostatni akt człowieczeństwa, testament kończący dzieło powstania.
Kobieta odskoczyła nagle wstrząśnięta obrazem jaki namalował straszna i bezwzględna śmierć
- Co pani robi? Powiedział zdenerwowany sanitariusz
- Chryste co tu się dzieje ? zawołała nadchodząca z głębi korytarza młoda kobieta – dajcie mu spokój przynajmniej teraz, on już naprawdę nikomu nie będzie mógł pomóc, zostawcie go przynajmniej teraz.
- Przepraszam, powiedziała starsza z nich myślałam że to mój mąż, strasznie przepraszam… odeszła pół kroku odwróciła się i rozpłakała się, szczupłe dłonie zakryły twarz a drobne ramiona zaczęły się poruszać. Niepewność, rozgoryczenie i ogromny strach postanowiły właśnie dać o sobie znać. Płacz kobiety stawał się coraz wyraźniejszy. Odbiegła w kierunku wyjścia, brązowe trzewiki zastukały obcasami po kamiennej posadzce. Zatrzymała się jednak przed wyjściem, spojrzał w stronę obserwatora tych niecodziennych przedstawień. Jak gdyby rozpoznała w nim dawno nie widzianego znajomego.
- Przepraszam… czy ja do pana dzwoniłam ?
- Tak, proszę pani, jestem dawnym przyjacielem profesora
- Ach tak, nie widziałam pana tu wcześniej, długo pan czeka?
- Nie właśnie wszedłem, skłamał
- Och to dobrze, gdy przyszedł pan chwilę temu zrozumiał by pan że jestem idiotką, skończoną kretynką
Nic nie powiedział, po prostu nie wiedział co odpowiedzieć kobiecie której dostojność i spokój zabrał strach , nigdy wcześniej nie konfrontował swojej dyplomacji w tak ponurych okolicznościach. Śmierć widział nie raz, nie raz też sam wyrywał swoją rękę ostateczności. Jednak nigdy nie był świadkiem rozpaczy samotnej kobiety przypartej do muru w bezsilności i niemocy.
- Przepraszam co z profesorem? Powiedział to najdelikatniej jak tylko potrafił
- Żyje, jednak jego stan jest ciężki, w zasadzie krytyczny, rozmawiałam przed chwilą z ordynatorem… nie daje mu wiele szans. Jakaś wielonarządowa katastrofa, powiedział że pacjent wygląda jak zbombardowane miasto, pełne ran i kałuż krwi. Przyzna pan że mógł obyć się bez tych porównań.
- Gdzie leży profesor, czy jest świadomy, można się z nim zobaczyć? Zapytał szybkim dyszącym tonem
- Tak, dzwoniłam po pana na jego prośbę, jest strasznie słaby i ledwo mówi, jednak prosił bym po pana zadzwoniła, mówił coś o uzdrowieniu i że pan będzie wiedział.
- W której sali leży? Zapytał błyskawicznie
- pierwsza za rogiem, odpowiedziała kobieta, będę czekać na dworze, muszę zapalić papierosa
Bez zbędnych ceregieli i niepotrzebnej kurtuazji krótkim skinięciem głowy dał znak że wszystko zrozumiał. Szybkim krokiem minął przechodzącego aptekarza i udał się we wskazanym kierunku, skręcając w korytarz.
Przed wejściem do Sali stanął się na chwilę, jak gdyby łapiąc oddech przed decydującym wyścigiem. Wszedł po cichu, od wejścia uderzył go mdławy zapach będący zatykającą miksturą leków, ludzkiego potu i gangreny. Pod oknem stały dwa łóżka zupełnie puste, oczekujące na przybycie nowych chorych zakwalifikowanych jako przypadki beznadziejne, nierokujące których opieka ogranicza się jedynie do leków przeciwbólowych i modlitwy brodatego zakonnika.
Jego stary przyjaciel leżał pod ścianą. Spokojna twarz zdawała się zdradzać senne marzenia, opowiadając wspomnienia wspaniałego życia. Teraz wyraźniej niż zwykle zauważył bliznę na prawej skroni, pamiątkę po niebezpiecznej wyprawie w głąb afrykańskiej dżungli którą razem odbyli wiele lat temu. Pochylił się nad nim i ściszonym głosem powiedział
– Witaj przyjacielu, pamiętasz jak o brzasku równikowego słońca rozmawialiśmy o tym co jest nam pisane, powiedziałeś wtedy, że prędko nie pożegnasz niebieskiej planety. Czy pamiętasz co ci wtedy odpowiedziałem?
Żernice pod zamkniętymi powiekami zaczęły się poruszać, oddech stał się szybszy, palce dłoni profesora zacisnęły się. Stary druh i powiernik poruszył się nieznacznie na łóżku
- Powiedziałem wtedy, że póki tchnienie ogrzewa mroźne powietrze, póki skrzypienie starych schodów w twojej kamienicy przypominają twoje nadejście będę w pobliżu. Nawet wtedy gdy nie widzieliśmy się miesiącami dokładnie wiedziałem co porabiasz i jaką kolejną ekspedycję przygotowujesz. Zawsze wysyłałem za tobą anioła stróża który miał baczenie na twoje kości.
Najwyraźniej profesor słyszał to swoiste wyznanie bo po krótkiej chwili przebudził się i ciężko podniósł się na łóżku
- Witaj, dobrze że jesteś, dobrze że cię widzę. Przez chwilę miałem wrażenie że z tobą rozmawiam, zupełnie tak jak wtedy gdy wychodziłem z febry w Czadzie. Dzisiaj po raz pierwszy od dłuższego czasu mam jasność myślenia, dlatego poprosiłem żonę aby po ciebie zadzwoniła.
- I tak bym przyjechał, umierałem z niepewności…
- Nie wiem czy się z tego wykaraskam, lekarze mają dość markotne miny kiedy wchodzą do mojej Sali, mówią coś o ciężkim rozpoznaniu, zupełnie nie czuję nóg i bardzo szybko tracę wzrok. Przyszedł mi jednak do głowy jeden pomysł. Wiele lat temu Ojciec opowiadał mi o pewnym kantorze z parafii Św. Macieja który ponad dwieście lat temu cudownie ozdrowiał wznosząc modły do Matki Boskiej nie daleko stąd, ponoć miał podobną przypadłość. Jak ja został sparaliżowany i stracił wzrok. Nie wiem, może zwariowałem, ale bardzo cię proszę jedz tam gdzie poczciwy Balcer wznosił swoje modły, może i mi Matka Chrystusowa pomoże, wiesz miałem taki sen z aniołami w roli głównej, statystami byli wierni podążający w pielgrzymce wznosząc swoje wołania w miejscu gdzie kiedyś rósł potężny dąb z obrazem Najświętszej. Sam mam zamiar się tam udać jak tylko lekarze pozwolą mi wyjść choć na chwilę z tej Sali. Pojedziesz mój drogi? Wzniesiesz w moim imieniu prośbę do Najświętszej? Pojedziesz prawda? zadał to pytanie tak tkliwie, że nawet słoneczne dotąd niebo zapłakało jesiennym deszczem, wiatr zawył żałośnie w szpitalnych murach a dusze umarłych wędrujące od sali do sali pozazdrościły więzi i oddania.  
Profesor wytłumaczył dokładnie jak powinien tam trafić. Odległość od kliniki to raptem dziesięć kilometrów pielgrzymki przez Breslau…


Tym razem pytanie dotyczyło miejsca i wydarzenia o którym  opowiadał profesor

Odpowiedz na zadane pytanie znał Pan Żytosław i napisał "Dąb był na Świętym Wzgórzu: ul. Lipska- piękne, choć nieznane miejsce." i dodał: ozdrowieńcem był organista/kantor Balcer z kościoła św. Macieja


To prawda piękne miejsce i faktycznie chodziło o kantora choć jak mówią inne źródła duchownego z parafii św. Macieja. A było to tak:
Profesor poprosił swojego druha i kompana o wstawiennictwo do Matki Bożej Osobowickiej. W roku 1724 właśnie w okolicy dzisiejszej ulicy Lipskiej na wzgórzu otoczonym Odrą od niepamiętnych czasów stał stary dąb któremu cześć wcale bym się nie zdziwił oddawali zamieszkujący te okolice w czasach przedchrześcijańskich plemienni wizjonerzy . Otóż do tego dębu zgodnie z ludową mądrością ktoś przybił obraz Matki Bożej.

                                                                                                            Matka Boska Osobowicka

Miejscowa gawiedź dość ochoczo udawała się tam wznosząc do Matki Chrystusowej swoje prośby, uskarżając się na niedostatek życia i prosząc o wstawiennictwo. Nawiasem mówiąc część tego niedostatku z pewnością wynikał z warunków stwarzanych przez Siostry Klaryski które wówczas były właścicielkami Osobowic, można powiedzieć paniami na włościach. Pokrętne są losy obrządku rzymskiego. O cudownej mocy obrazu i miłosierdziu względem wiernych Świętej Panienki dowiedział się Balcer pełniący funkcję kantora w parafii Św. Macieja, i tak jak to było w opowiadaniu faktycznie zachorował a konsekwencją choroby był paraliż i utrata wzroku. Udał się zatem na wzgórze z dębem i obrazem. Modlił się gorliwie i długo, zasnął a kiedy się zbudził wstał o własnych siłach i zobaczył piękny Świat.

                                                                                Kościół parafialny parafii Św. Macieja fot. Wratislavie Amici

Od tej pory wzgórze stało święte. Wkrótce wspomniane Klaryski postawiły tuż za dębem drewnianą kaplicę i przeniosły do niej obraz. Rozpoczął się nowy okres w historii Osobowic. Pielgrzymi przybywali odtąd na wzgórze kapliczne wypraszając łaski. Była wśród pątników także księżna Izabela Czartoryska która zachwyciła się urokiem miejsca i pobożnością prostego ludu. Los kaplicy był jednak zagrożony ponieważ właścicielem Osobowic tuż po sekularyzacji ogłoszonej przez władze pruskie stał się Jan Bogumił Korn. Ten sam który odkupił posąg Św. Łucji z Syrakuz.
Trwoga spadła na wiernych na wieść o protestanckich dogmatach wiary pana Jana. Jednak ten poczciwy jak się okazało człowiek mało że kaplicy nie zlikwidował to postanowił ufundować nową murowaną świątynię oddaloną o dwadzieścia kroków od starej.

                                              kaplica na Świętym Wzgórzu zwanym kaplicznym fot. Wratislaviae Amici

A teraz uwaga Jan Korn miał gest w końcu był jednym z największych drukarzy we Wrocławiu więc i sakiewkę miał zapewne pełną, a sadząc po przepychu pałacu w Pawłowicach nie jedną sakiewkę miał odłożoną na czarną godzinę. Otóż do wykonania kaplicy zatrudnił samego Karola Langhansa autora choćby Opery Wrocławskiej i kościoła pod wezwaniem św. Urszuli i 11000 dziewic przy Ołbińskiej. Freski wykonał w kaplicy sam Michał Willmann znany dość dobrze w Krzeszowie nieopodal Kamiennej Góry. I ostatnia ciekawostka - klucz którym otwiera się ciężkie drzwi do kaplicy, to wciąż ten sam oryginalny dziewiętnastowieczny ogromny klucz którym Jan Korn otwierał swój przyszły sarkofag. Zastanawiam się tylko dlaczego Jan Korn nie poszedł na całość i nie zrealizował pierwotnego projektu kaplicy który wydaje się być bardziej szlachetny

                                                                                       niezrealizowany projekt kaplicy fot. Wratislaviae Amici

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz