piątek, 6 września 2013

Czternasta część wrocławskiej opowieści




część czternasta

     Wśród mrowia ludzi stał zupełnie sam, spadające komety przypominały obrazy widziane z pokładu frachtowca na środku pustkowia. Teraz on, równie spokojny jak ocean oczekiwał wieści o swoim jedynym przyjacielu sprzed lat. Dźwięki tramwaju jak wspomnienie dzwonka okrętowego wybrzmiewały powoli.
     Samotność w bezkresie przepełnia celowość działania. Jednak tu, wśród wyrwanych z kontekstu obrazów nie może odnaleźć miejsca zrzucenia kotwicy. Dlaczego męczą go wspomnienia?, dlaczego tak często powracają odgłosy żałosnej melodii słyszanej na pokładzie okrętu. Nie chciał już ich. Jedno o czym marzył to zagłuszyć melodię, zatracić harmonię dalekich wypraw.
- Odejdź i nie wracaj, tamten świat się skończył, wyprowadził się i nie wróci, kaput. Zmiana następuje zbyt szybko, sprzeciw nic nie pomoże. Wciąż jedna myśl kołatała mu po głowie, nieznośna jak swędzenie rozgrzebanej rany .
     Notki prasowe, doniesienia przywożone przez kurierów, świadectwa przebytych tortur. Telegramy, lampy zrobione z ludzkiej skóry, grzebyczki misternie wyrzeźbione z białych kości, niedbałe tatuaże na przedramionach. Kto z załogi ostatniej wyprawy widział by w nich tylko przedmioty. Kto by nie zadał pytania? Nawet bosman zdolny do zabicia gołymi rękami człowieka musiał by coś podejrzewać.
     Oczekiwanie na wieści od żony profesora rozciągały godziny do granic możliwości. Przysiągł by że minął już tydzień, jednak kątem oka, bezwiednie sprawdzany zegarek nie pozostawiał złudzeń. Zaledwie piętnaście minut po jedenastej.
– Kwadrans po nieparzystej, pomyślał, mam szczęście jak cholera… kiedy zadzwoni ten telefon?
     Do umówionego kontaktu ze szpitala dzieliło go zaledwie dwadzieścia minut. Czas drwił sobie właśnie z niego w najlepsze, grał na skrzypcach, spacerował dostojnie po parku szczytnickim strojąc przy tym głupie miny albo ziewał przeciągle zasłuchany w delikatny szum Odry.
     Tego dnia dostojny władca spadających jesiennych liści nie był jego druhem i kompanem, kpił sobie ze strachu jaki ogarniał go na myśl o możliwości straty przyjaciela. Jedynego człowieka w tym mieście, który znał go jeszcze jako młodego, pełnego zapału, nadziei i radości człowieka na środku Morza Czerwonego, w bezkresie australijskiego buszu i gęstwinie oplatającej hinduskie chatki.
     Tak bardzo chciał uchronić przyjaciela, podświadomie zachować swoją tożsamość. Jednocześnie wzbraniał się, bał się że wspomnienia i dawna wrażliwość osłabia jego wolę. Godzinami mógł słuchać o najstraszniejszych okropnościach, zachowując przy tym twarz pokerzysty przed najważniejszym rozdaniem.
     Całymi dniami poświęcał się przeobrażeniu jakie było niezbędne do wykonania zadania, jednak tkliwość i dawna wrażliwość pukały wciąż do drzwi upominając się o chwilę uwagi. Próbowały wyciągnąć go na kawę, na krótką rozmowę o wieczności.
- Tak słucham? Powiedział do słuchawki telefonu. Tak, tak to ja. Tak, rozumiem. Nie, nie przeszkadza pani, proszę powiedzieć… tak? Przepraszam coś przerwało, proszę powiedzieć , czy… rozumiem… dobrze już jadę.
     A Czas właśnie zapragnął tańczyć. Walc wiedeński. Spośród wszystkich kochał go najbardziej, obroty mieszały się w powietrzu, cudowne nuty korzennych perfum ogarniały Salę Ikara na gądowskim lotnisku, tramwaj do którego wsiadł jechał… dostojnie… nieśpiesznie rozglądając się na boki.
- Zaraz mnie szlag trafi! Szybciej do cholery! Wrzasnął do motorniczego
Oburzony tłum spoglądał wrogo niczego nie świadomy, czego chce ten idiota zdawali się myśleć wszyscy pasażerowie?
-Zamknij się i siadaj! krzyknął ktoś z końca wagonu.
     Ukradkiem dostrzegł wpięty w krawat okrągły znaczek NSDAP, czarny kapelusz i debilny wyraz twarzy – typowy dla funkcjonariuszy przemierzających miasto w wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu elementu niepożądanego. Do przystanku zostało zaledwie dziesięć metrów.
- Jednak nie uniknę kontaktu z tym małpoludem – pomyślał widząc przedzierającego się tajniaka
     Był już na wyciągnięcie ręki, prawą dłonią wyciągał z kieszeni płaszcza służbową legitymację, gdy nieoczekiwanie pomiędzy nimi stanęła kobieta, coś upuściła, kogoś zaczepiła, krzyknęła głośno. Zrobiło się zamieszanie.
-Wariatka! Ktoś krzyknął
     Drzwi otworzyły się chrapliwie, silne szarpnięcie wyciągnęło go z wagonu. Zniknął w tłumie przechodniów.
- Masz u mnie dług, powiedziała wybawczyni – Jednak potrafisz być nieostrożny. Po co od razu krzyczałeś na tego biedaka. Przecież robił co mógł. Widziałeś przecież, że na ulicy maszerowało wojsko.
- Strasznie się śpieszę do szpitala, to dlatego. Bardzo dziękuję. Jakie to szczęście że akurat to ty jechałaś tym tramwajem, naprawdę niesamowity przypadek
Kobieta uśmiechnęła się tylko.
- Kiedy zamierzasz odwiedzić podziemne królestwo? Bahus pytał o ciebie… acha jeszcze jedno nie musisz się obawiać wejścia
- Choćby jutro, odparł wyraźnie zadowolony, Przepraszam muszę już iść, naprawdę strasznie się śpieszę a ten okropny Czas chyba gdzieś tańcuje mi na złość
- Co on bredzi? Pomyślała kobieta…
     Przebiegł przez ulicę nie zważając na patrol, ani na pędzące samochody, ruszył pędem w kierunku bramy poprzedzanej niewielkim podjazdem
- Przepraszam czy tu leży profesor Dorken? Zapytał recepcjonistki
- Chwileczkę muszę sprawdzić, kobieta wyciągnęła grubą księgę i zaczęła wertować kartki z datą      6 września 1943 – tak leży, pan z rodziny?
-jak pani zgadła? Odpowiedział błyskawicznie
- przywieźli go wczoraj ze szpitala Wszystkich Świętych, jednak leży nie u nas, musi pan wejść od frontu, to znaczy tak jak od tramwaju, wytłumaczyła spokojnie kobieta.
- dziękuję bardzo, rzucił zbiegając ze schodów
     Przed szpitalem zwrócił uwagę na doskonałą bryłę budynku. Nie wiedział jak to się stało, że mieszkał niedaleko i nigdy wcześniej tego nie zauważył.
Ciepły wrześniowy dzień jak posłaniec mógł przynieść wszystkie wieści i te dobre i te najtragiczniejsze.
- Jeszcze tylko ciężkie wrota i wszystko będę wiedział, pomyślał. Chwycił mocno za klamkę. Drzwi szpitalne otworzyły się z trudem, od razu spostrzegł kobietę stojącą pod ścianą. Jej drobna postura nabierała jeszcze wątłości na tle ciężkich szpitalnych ścian…


Do którego szpitala przewieźli profesora Dorkena ze Szpitala Wszystkich Świętych i co łączy oba szpitale poza oczywiście dbałością o zdrowie wrocławiaków?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz