piątek, 27 września 2013

Siedemnasta część wrocławskiej opowieści



Część siedemnasta

     Po pożegnaniu się z Paulem, szlakiem pielgrzymim udał się w podróż która miała ocalić jego przyjaciela. Jakież było jego zaskoczenie kiedy zorientował się, że z pozoru oddalona, peryferyjna ulica tętni życiem. Żołnierze w towarzystwie pięknych pań siedzieli w ogródkach małych przydomowych knajpek, właściciele przybytków nad wyraz życzliwie spełniali wszystkie stawiane im wymagania podając złociste kufle z których bokiem uciekała świeża piana. Donosili przystawki i niezwykle przygotowane zakąski.
     Młody mężczyzna w nienagannie skrojonym garniturze zapraszał właśnie do stolika piękną brunetkę o zielonych oczach i tajemniczym spojrzeniu. Kobieta nieco powściągliwie zgodziła się przyjąć zaproszenie, szepcząc pod małym noskiem uwagi pełne powątpiewania. Nie zrażało to jednak adoratora, który wydawał się być zachwycony świetnie zapowiadającym się wieczorem.
     Stał przez chwilę przyglądając się temu ulicznemu rejwachowi, po chwili musiał przeciskać się pomiędzy wiwatującymi, kompletnie pijanymi żołdakami garnizonu Breslau, którzy najpewniej świętowali pierwsze godziny przepustki i krótkiej wolności, jaką daje wymarzony urlop.
Szedł teraz sam, po prawej stronie minął aptekę w przepięknej secesyjnej kamienicy. Miał już skręcić w ulicę Lipską, jednak jego uwagę przykuło nowe osiedle domków zbudowanych zgodnie z modernistyczną szkołą której piewcą i orędownikiem był min. Hainrich Lauterbach. Bardzo cenił sobie architektów lat 20-tych którzy również dekadę później starali się zachować czysty, nieskażony partyjnym motłochem  charakter własnej sztuki.
     Nie wiedział jak modernizm odnalazł w nim ciepły kąt i tyle uwagi. Być może proste formy i funkcjonalność układu przestrzennego, który u miłośników kątów prostych jak zwykł określać Richarda Konwiarza i jemu podobnych porządkowały tak niestabilną rzeczywistość dookoła, że właśnie to działało na niego kojąco i nastrajało pozytywnie. Spojrzał raz jeszcze na szare tynkowanie i ruszył w kierunku Wzgórza Kaplicznego o którym tyle słyszał.
     Pobliskie drzewa tworzyły wspaniałą grę światła i cieni, układały się w najrozmaitsze kształty, to znów podnosiły się nagłym podmuchem wiatru, igrając sobie i bawiąc się kosztem przechodzących ludzi. Cisza panująca wokół doskonale uzupełniała jego nastrój. Teraz myśli były bardziej słyszalne a kroki rytmicznie uzupełniały coraz szybszy oddech. Nieokreślona siła pchała go naprzód, nie pozwalając spojrzeć za siebie, ciche wołanie lasu, zaproszenie do spotkania na które czekał... choć o tym nie wiedział.
-Jesssteś – przeciągły głos wydały z siebie drzewa, -Czekamy…
Stanął i nasłuchiwał wołania, jednak nikt się nie odezwał, tylko wiatr rozdmuchiwał liście i zaczepnie poruszał konarami drzew.
     Poczuł jak skóra zmienia gładkość, niepokój jaki go nie opuszczał od Mostu Groszowego teraz przechodziła w przekonanie a właściwie pewność że to właśnie dziś i właśnie tu finał swój będzie miała przepowiednia wywróżona wiele lat temu w Indiach. Siła i wezwanie słyszalne teraz jedynie w głowie było jak echo w tunelu kolejowym przy Berlinerstrasse
-Jessteśśś – zdawał się słyszeć – Pośpiesz się….
     Figury świętych spoglądały przypominając losy które wyryły bruzdy na twarzach patronów. Krzyż i Dzieciątko Jezus. Narodziny i Śmierć. Całe życie zawarte w dwóch symbolach. Brakuje zmartwychwstania, pomyślał. Więc jeśli początek i koniec stają się wstępem, drogą na wzniesienie przybywają mający nadzieję na zmartwychwstanie. Wszedł jak setki przed nim, kaplica go rozczarowała, nie wyglądała tak imponująco jak na to zasługiwała, przystanął na chwilę i nim przekroczył próg świątyni starał się dojrzeć Judasza wśród apostołów witających pielgrzymów znad drzwi.
     Półmrok jaki panował w środku powoli stał się oswojony, jak kot którego łapki z początku niepewnie, jednak wraz z upływem czasu coraz częściej zagrzebują się w miękkim kocu rozłożonym na kolanach właściciela. Nikłe światło przebijające się przez witraże oświetlało jednak to co w tym miejscu było najważniejsze. Usiadł w dębowej ławie ze złożonymi do modlitwy rękami, przymknął oczy i rozpoczął rozmowę z Bogiem, co pewien czas spoglądał w kierunku świętej figury szukając wsparcia w prośbach kierowanych w imieniu przyjaciela. Zapach żywicznych kadzideł unosił się w środku, jednak nie był nadto intensywny. Przypominał jedynie o niedawnej obecności wiernych i  odbytym nabożeństwie.
Spojrzał na zegarek. Wskazówki ustawiły się w linii prostej wyznaczając godzinę osiemnastą, dzień przechodził już w półmrok osłabiając kontury wyostrzając zapachy wczesnej jesieni. Także tu, na uświęconej Ziemi dało się odczuć upływ czasu. Świeże kwiaty które jeszcze w czerwcu bujnie ozdabiały ołtarz zastąpiły teraz kompozycje polnych suszy, niezwykle strojnych, jednak tyle samo pięknych co smutnych. Nie zauważył kiedy do kaplicy bocznym wejściem od plebanii wszedł  ksiądz. Zanurzony w rozmyślaniach i modlitwie nie rejestrował zachodzących zmian. Oto duchowny w jednym momencie wstał i wyszedł, starsza kobieta jak gdyby w ostatniej chwili zrezygnowała z modlitwy, powiedziała tylko pod nosem kilka słów, poprawiła chustkę na głowie i zniknęła za drzewami.
- Dobrze że przyszedłeś, czas zakończyć to co dawno rozpoczęte
     Za plecami odezwał się surowy, twardy głos, wybrzmiał w kaplicy mocno i zdecydowanie, nie było wątpliwości że adresatem był pątnik zanurzony w modlitwach.
     Zimny pot oblał mu czoło, jednak trzeźwość umysłu oraz wyostrzone zmysły nie odmówiły mu w tym momencie posłuszeństwa. Początkowo nie zwracał na to uwagi, szukając ręką sztyletu z którym się nie rozstawał. Zimne ostrze natychmiast odnalazło znaną dłoń. Wysunął powoli broń i jak gdyby nigdy nic schował w rękawie kurtki.
- wyjdźmy na zewnątrz, wiatr z północy już na nas czeka, spotkanie z ostatecznością wymaga przecież odpowiedniej oprawy, a tu w świętym miejscu jeszcze jakaś dewotka gotowa nam przeszkodzić w rozmowie, powiedział.
     Obrócił się powoli, zachowując jak najbardziej naturalny wyraz twarzy. Spojrzał na siedzącego za nim księdza, który spokojnie dawał ręką znak do wyjścia. Prawa ręka schowana pod habitem zaciśnięta była na rękojeści rewolweru. Pogardliwy uśmiech przecinały głębokie bruzdy blizn. Północny wiatr nie mógł się już doczekać grasując i pogwizdując na niecodzienną scenę. Zakręcał wirujące pomiędzy stacjami drogi krzyżowej liście. Sceneria okazała się odpowiednia. W dole tliły się lampki ustawione na poprzekrzywianych nagrobkach a ukrzyżowany Chrystus zdawał się mówić – Nie mogę ci pomóc.
- Krótka myśl przyszła zza drzew, Może Paul odprawił już rudowłosą piękność i zaniepokoił się moją nieobecnością?
     Niewiele rzeczy w życiu wyprowadziło go z równowagi, niewielu ludzi mogło mu zaszkodzić . Istotę spotkania nie stanowiło zakończenie, tylko przyczyna.
- dlaczego ja? zapytał
- myślę że nasz przyjaciel odpowie nam na to pytanie ze szczegółami w miejscu do którego szczury boją się wychodzić w pojedynkę. Jak myślisz ? chyba zdradzi nam sekret swojej pokiereszowanej facjaty – zuchwale zapytał Paul który jak spod Ziemi znalazł się tuż za człowiekiem z blizną. Opowie wszystko, zapewniam cię, Lowe którego już poznałeś na Sępolnie zna setki sposobów na udaną pogawędkę. Powiedział to jedną ręką przykładając pistolet w okolicy nerek a drugą oparł na szyi duchownego dotykając połyskującą stalą rzeźniczego noża
- co tu się dzieje ?! krzyknął ktoś w oddali Policja ! szybko
- zamknij się jeśli chcesz wrócić do swojej tłustej żonki, morda w kubeł i siadaj pod drzewem powiedział bezpardonowo Paul…


Jacy to Święci przywitali naszego bohatera i dlaczego w rękach trzymali krzyż i Dzieciątko Jezus, jaki budynek modernistyczny zwrócił uwagę naszego pątnika? To pytanie na dzisiaj. Powodzenia !

środa, 25 września 2013

Król strzelców z Breslau

 

 
     Jest wśród wrocławskich biografii jedna szczególnie ciekawa. Dotyczy ona Fritza Blaschke na którego wszyscy wołali po prostu Seppl. Nie był on ani znanym lotnikiem, ani naukowcem, nie był także znanym bankierem. Fritz był sportowcem, ale jakim - to dopiero historia...
     Wszystko zaczęło się szesnastego stycznia 1899 roku kiedy to na świat w pewnym niezwykle uroczym mieście nad Odrą przyszedł chłopak, którego całe życie miało toczyć się jak prawdziwa futbolówka.
     Młody Fritz mając kilkanaście lat trenował zawzięcie na Gądowie w lokalnym klubie SpVgg 05 Breslau. Mniej więcej w roku 1915 miała rozpocząć się droga na szczyt młodego Blaschkego, o którym poza kumplami ze szkoły nikt jeszcze nie słyszał. 
     Wojna bez wątpienia jest okrutnym okresem w historii, jednak w tym przypadku stała się kluczowa, ponieważ po rozwiązaniu SpVgg 05, Blaschke trafił do zupełnie innego świata. Rozpoczął treningi w nowej scenerii, w otoczeniu Parku Południowego na boisku Sportfreunde przy ul. Ślężnej.
     Krótko po tym stał się najważniejszym zawodnikiem tego klubu. To on ustawiał grę i decydował o strategii. To dzięki niemu Sportfreunde w krótkim czasie stał się najlepszym w Breslau i jednym z najmocniejszych klubów piłkarskich w Niemczech. Czterokrotny tytuł mistrza Breslau wywalczony dla Sportfreunde  musiał podziałać jak katapulta.
     Popularność Seepla rosła z każdym dniem, a umiejętności sprawiały, że był nieosiągalny dla rywali. Jednak to co jest najbardziej urzekające w postawie Fritza, to fakt że choć miał setki razy propozycję gry w innych miastach, ba innych Państwach pozostał wierny swojemu miastu.
     Lojalność spotykana wśród piłkarskich wrocławiaków jeszcze w latach 70-tych XX wieku kiedy to Wojskowy Klub Sportowy Śląsk Wrocław zdobył mistrzostwo Kraju. Zielono-Biało-Czerwoni trenowali do zwycięskiego meczu z roku 1977 kopiąc piłkę w tym samym miejscu, w którym równo 41 lat wcześniej Breslauer SV 02 rozgrywał swoje pierwsze spotkania na świeżo oddanym do użytku Sportpark Grabschen przy ul Oporowskiej. W 1936 nie było już wśród piłkarzy z Oporowskiej Seppla.
     Skończył karierę trzy lata wcześniej jako podpora swojej nowej wrocławskiej drużyny Breslauer SC 08. Jednak zanim zawiesił korki na haku, w barwach czarno-niebieskich sporo narozrabiał.
     W ciągu siedmiu sezonów sześć razy zdobył  tytuł mistrza Wrocławia oraz siedem razy tytuł mistrza Niemiec Południowych.
     Z pewnością wiele meczy utkwiło mu w pamięci ale sądzę, że jeden szczególne. Spotkanie z drużyną z VfB Królewiec w sezonie 1927/28. Mecz podczas którego kibice drużyny Seppla po kiepskiej grze swojego zespołu zaczęli dopingować rywali. Musiało to wywołać nie małą konsternację wśród breslauerów na boisku jednak pełne zaskoczenie przyszło pod koniec rozgrywki, kiedy to po tym jak goście strzelili zwycięską bramkę wrocławscy kibice na stojąco świętowali sukces rywali wznosząc głośne owacje ku chwale VfB Królewiec.
     Legenda wrocławskiej piłki po zakończeniu kariery sportowej został trenerem a po 1945 roku zamieszkał w RFN gdzie na dwa dni przed swoimi sześćdziesiątymi dziewiątymi urodzinami poszedł kopać piłkę z Abrahamem. I choć umarł w Oldenburgu do końca pozostał wierny Breslau. 

piątek, 20 września 2013

Szesnasta część wrocławskiej opowieści





Część szesnasta

Podróż do Krótkiej Góry która zdobyła już świętą aureolę mijała powoli. Tramwaj zatrzymywał się zbyt często na przystankach, zbyt wielu ludzi zachciało towarzyszyć mu w tej swoistej pielgrzymce. Nigdy nie był na Osobowicach, widział je tylko z pokładu parowca. Wydawały się odległą krainą, samodzielnym bytem, któremu do szczęścia potrzebny był tylko spokój i regularnie kursujące tramwaje dowożące spragnionych wypoczynku mieszczan. Wiele razy szczególnie wiosną eksplodującą zielenią i soczystością barw planował odwiedzić wspaniałą wieżę wyrastającą ponad korony drzew.  Co za zrządzenie losu, pomyślał, że akurat w dusznym tramwaju wpadła mi w ręce gazeta wydawana przez dawnego właściciela tego odległego miejsca.
Zanurzony w rozmyślaniach przerywanych co chwilę zaczepkami zaczepnych podróżnych wracał do lat minionych, do okresu szczęśliwego dzieciństwa i spokoju domu rodzinnego. Obrazy z przeszłości  wracały tworząc pełen baśni i magii tak typowej dla dorastającego chłopca. Jednak tu na bocznym siedzeniu skrzypiącego tramwaju dziesiątki takich samych właścicieli podróżnych toreb wypchanych, sądząc po zapachu wędzoną słoniną, sapała, dyszała, kaszlała i patrzyła podejrzliwie na niego. Powoli nabierał przekonania o własnym niedopasowaniu do roli jaką niemieckie społeczeństwo przypisywało mężczyznom w średnim wieku, dokładnie takim jak on. Mężczyznom  w sile wielu których głowy nie przykrywa czapka w kolorze feldgrau, a kolor koszuli nie jest brunatny.
Miał ochotę wyjść z cienia, manifestacją własnego sprzeciwu dać wyraz indywidualnego traktowania własnego człowieczeństwa. Zanurzyć się w samookreśleniu, na tyle dosadnym i bolesnym, że nikt ze zgromadzonych nie miał by wątpliwości z kim ma do czynienia.
Jednak teraz zamiast wstać i bez obcesowo odepchnąć od siebie śmierdzących przekiśniętym potem grubych właścicieli trzody chlewnej i wykrzyczeć im w tłuste świecące niemieckie twarze żeby poszli do diabła ze swoimi torbami, sprawunkami i sprawami , po prostu siedział i niby czytał gazetę połykając ze wstrętem ślinę. Jednocześnie  nie mógł zapomnieć  o swoim przyjacielu, o jego nadziei i wierze. Bez wątpieniach na podobnych na rozmyślaniach i wspomnieniach dawnych przygód minęła by cała podróż, gdyby nie to, że właśnie przekraczał Most Groszowy, odwrócił się nagle w kierunku portu miejskiego.
Natychmiast przypomniał sobie dziwne znaki na wiadomości zostawionej przez starszą kobietę w nabrzeżnym murowaniu. Jak podrażniony nerw zerwał się. Już wiedział co się dzieje,  szybki oddech, szerokie źrenice i koncentracja na najdrobniejszych szczegółach. Wiedział że ile razy mu się to przytrafia, niebezpieczeństwo czyha nie daleko. Wolał nie ryzykować dalszej podróży, wyskoczył z tramwaju na najbliższym przystanku, szybkim krokiem minął jaz na Różance, nie myślał teraz o obietnicy, szukał punktu zaczepienia, jakiegoś schronienia jednocześnie wypatrując zagrożenia. Na horyzoncie majaczyły już potężne mury Kleczkowskiego więzienia.
- Wyjdź do cholery! Ujawnij się, żebym wiedział z kim będę walczył krzyknął
Przypadkowy przechodzień spojrzał na niego z niemałym zdziwieniem postukał wymownie palcem po łysym czole, dając aż nad to do zrozumienia że miejsce takich jak on jest niedaleko i nawet tak się składa że idzie w dobrym kierunku.
                - Czemu się tak drzesz? pół miasta cię usłyszy a przecież ani ja ani ty tego nie potrzebujemy
                - Paul? To ty?
                - No dziwisz się, jak byś ducha zobaczył. Stachowsky w doskonałym humorze nieco kpił sobie z niedoszłego pątnika
                - Wiesz, ja, to znaczy, yyy, miło cię widzieć, co tu porabiasz?
                - Co ty się tak jąkasz przyjacielu? Może masz ochotę na jednego?
                - Nie dziękuję powiedział to niepewnie i zupełne bez przekonania. Właściwie to miał ochotę na jednego i drugiego i trzeciego
                - Oj coś kręcisz, znam świetne miejsce nie daleko stąd, spodoba ci się, Mrugnął przy tym wymownie
                - Właściwie muszę już iść, zmierzałem właśnie na Osobowice, powiedział
                - Czyli jedziemy w tą samą stronę, odparł rzeźnik wyraźnie ucieszony, umówiłem się u Hübnera z pewną rudą pięknością
                - A Frau Stachowska?
                -Chciałeś mi zrobić przykrość ? to ci się udało mój drogi, echh żeby cię …
Rozmowa brnęła w niebezpieczne dla obu rejony. Paul musiał by coraz więcej powiedzieć o dość krępującej obyczajowo rudowłosej znajomości, natomiast jego przyjaciel wchodził by w arkana pożycia państwa Stachowskych na co nie miał specjalnie ochoty.
                - Zrobimy tak,  ty załatwisz swoje sprawy, a  ja w tym czasie rozmówię się z moim kociakiem i spotkamy się na miejscu, W końcu będzie czas żeby spokojnie porozmawiać.
                - Zgoda,  powiedział – jednak gdybym długo nie wracał proszę podejdź do Krótkiej Górki , mam przeczucie że coś złego wisi w powietrzu…
Tym razem pytanie brzmiało: jaką gazetę czytał w tramwaju i gdzie chciał go wyciągnąć Stachowsky?

Odpowiedz na oba pytania znała niezawodna Pani Marta ;-)


Oczywiście nasz bohater czytał Schlesische Zeitung jedną z najpopularniejszych dzienników Breslau. Siedziba gazety mieściła się w domu wydawniczym Kornów. Schlesische Zeitung był najstarszą gazetą wydawaną w Breslau. Ukazywała się niezmiennie od 1734 aż do 1944. Sama nazwa "Dziennik Śląski" funkcjonowała od 1742 kiedy to skrócili nieco przydługawą nazwę "Uprzywilejowana Śląska Gazeta Państwowa na czasy Wojny i Pokoju". 
W zasadzie dziennikiem stała się dopiero w roku 1828, wcześniej ukazywał się tylko trzy razy w tygodniu. Na uwagę zasługuje fakt, że już 40 lat później wychodziła trzy razy dziennie. Dom wydawniczy Kornów mieścił się przy ulicy Świdnickej w nieistniejącym dzisiaj budynku pod adresem ul. Świdnicka 47-48. 



Można było w nim oprócz zamawiania gazet przy odrobinie szczęścia nacieszyć oczy bogatą kolekcją Kornów. Wśród eksponatów tego prywatnego muzeum były obrazy Michała Willmana, Johanna Georga Platzera, Jana van Huysuma oraz Philipa Sauerlanda. Warto również zauważyć że Jan Korn stał się wydawcą prasy wrocławskiej w wieku 31 lat co w dzisiejszych warunkach mogło by być trochę trudniejsze.
 Jak przystało na siedzibę potentata, gabinet właściciela wyglądał imponująco. Zdjęcia przedstawiają stan na 1913 rok.

                                                                                                                                                            fot. Wratislavia Amici

Nasz bohater wraz z Paulem umówili się w Etablissementcie Hübnera przy ulicy Osobowickiej 89. Dzisiaj w tym miejscu mieści się drukarnia KEA wcześniej, już  w okresie PRL-u mieścił sie tam Dom Marynarza w którym nie jeden marynarz słodkich wód stracił wątek podczas suto zakrapianych przyjęć. Obecny właściciel, choć nic nie ma wspólnego z rozrywką przynajmniej wyremontował dawny gościniec przywracając mu dawną świetność

W roku 1943 nie było już tego czerwonego budynku na miejscu którego jest obecnie wał przeciwpowodziowy a sama ulica Osobowicka przebiega dokładnie tam gdzie na pocztówce siedzą zadowoleni goście.






 

środa, 18 września 2013

Wycieczka Wrocławskich Argonautów na Osobowice 22.09.2013



W niedzielne popołudnie o godzinie 14.00 pod Mostem Milenijnym od strony Osobowic na własnych rowerach wsiadamy do pociągu z powrotu do przeszłości. Jest to kolejna po Kozanowie i Różance wycieczka grupy Wrocławskich Argonautów do jądra Ziemi, kolejna część penetracji naszej tożsamości i poszukiwanie sensu życia w tym wielokulturowym mieście.
Dlaczego Osobowice?
Po pierwsze dlatego że chyba nigdy żadna wycieczka się tam nie udała a nam nic nie jest straszne i lubimy zdrapywać farbę ze starych desek.
Po drugie dlatego że to wspaniałe zapomniane miejsce, które jeszcze 70 lat temu tętniło życiem. Gwar rozmów turystów przeplatał się ze ściszonym szmerem modlitw pątników. Było to miejsce sprawiające wrażenie raczej miejskiego kurortu niż przeciętnego osiedla mieszkaniowego. Architektura na którą będziemy zwracać uwagę to bogactwo form, od baroku do współczesności, nie zapominając o modernizmie, secesji i stylu śląskim.
Bogato zdobione epitafia, płaskorzeźby oraz tajne, bardzo tajemnicze miejsca na zawsze już będą określać Osobowice, ich historię oraz osobliwość.
Niewątpliwym walorem wycieczki będzie możliwość obejrzenia wnętrza zazwyczaj zamkniętej  kaplicy Kornów na Wzgórzu Kaplicznym, oraz podróż tropem Establisementów których na Osobowicach nie brakowało.
Serdecznie zapraszamy - Sklep Irena oraz zaprzyjaźnione TUiTAM 

piątek, 13 września 2013

Piętnasta część wrocławskiej opowieści




Piętnasta część

... Wyglądała na pogrążoną w smutku i rozmyślaniach. Nie chciał przeszkadzać i nachalnie przerywać chwili intymnej samotności w jakiej skrywała się przed Światem pogrążona w bólu kobieta.
- Jednak to przecież ona zadzwoniła, wyraźnie chciała mnie osobiście powiadomić o stanie zdrowia profesora… mam nadzieję że zdrowia, mam wielką nadzieję że nie będzie to informacja o jego …
Rozmyślania przerwał mu niecodzienny widok, oto z bocznego korytarza przykry białym prześcieradłem wyjeżdżał ktoś stąd do wieczności. Rąbek odkrytego materiału uchylił zapis ostatnich chwil nieszczęśnika. Zakrzywione w orlim geście palce przypominały ogrom cierpienia jaki musiał przeżyć nieboszczyk na chwilę przed śmiercią. Kółka szpitalnego łóżka popiskiwały żałośnie utyskując nad nieboszczykiem. Twarz pielęgniarza wskazywał na to że był świadkiem agonii, szloch bliskich dało się słyszeć jak echo odjeżdżającego pociągu było coraz cichsze i mniej wyraźne. Widząc to żona profesora Dorkena niejako wyrwana z letargu podeszła bliżej do sanitariusza, przeszyła go spojrzeniem po którym nawet najbardziej zatwardzały mężczyzna poczuł by ciężar własnych powiek. Odwrócił wzrok i szybkim ruchem poprawił koszulę. Próbował uciec od pytań od zaczepki i konieczności odpowiedzi.
- Jak pan śmie ? zapytała cicho kobieta, jak to możliwe ? Pozostając bez odpowiedzi zerwał nagle prześcieradło. Obraz który wszyscy ujrzeli był wstrząsający. Ciało wykrzywione w konwulsjach jak gdyby zastygło nagle nie odzyskując dawnego kształtu, przykryte niewidzialnym pyłem wulkanicznym Wezuwiusza. Zakrzywione palce były tylko preludium do aktu cierpienia. Twarz nieboszczyka próbowała coś wykrzyczeć, wyrzucić ostatnie słowo, ostatni akt człowieczeństwa, testament kończący dzieło powstania.
Kobieta odskoczyła nagle wstrząśnięta obrazem jaki namalował straszna i bezwzględna śmierć
- Co pani robi? Powiedział zdenerwowany sanitariusz
- Chryste co tu się dzieje ? zawołała nadchodząca z głębi korytarza młoda kobieta – dajcie mu spokój przynajmniej teraz, on już naprawdę nikomu nie będzie mógł pomóc, zostawcie go przynajmniej teraz.
- Przepraszam, powiedziała starsza z nich myślałam że to mój mąż, strasznie przepraszam… odeszła pół kroku odwróciła się i rozpłakała się, szczupłe dłonie zakryły twarz a drobne ramiona zaczęły się poruszać. Niepewność, rozgoryczenie i ogromny strach postanowiły właśnie dać o sobie znać. Płacz kobiety stawał się coraz wyraźniejszy. Odbiegła w kierunku wyjścia, brązowe trzewiki zastukały obcasami po kamiennej posadzce. Zatrzymała się jednak przed wyjściem, spojrzał w stronę obserwatora tych niecodziennych przedstawień. Jak gdyby rozpoznała w nim dawno nie widzianego znajomego.
- Przepraszam… czy ja do pana dzwoniłam ?
- Tak, proszę pani, jestem dawnym przyjacielem profesora
- Ach tak, nie widziałam pana tu wcześniej, długo pan czeka?
- Nie właśnie wszedłem, skłamał
- Och to dobrze, gdy przyszedł pan chwilę temu zrozumiał by pan że jestem idiotką, skończoną kretynką
Nic nie powiedział, po prostu nie wiedział co odpowiedzieć kobiecie której dostojność i spokój zabrał strach , nigdy wcześniej nie konfrontował swojej dyplomacji w tak ponurych okolicznościach. Śmierć widział nie raz, nie raz też sam wyrywał swoją rękę ostateczności. Jednak nigdy nie był świadkiem rozpaczy samotnej kobiety przypartej do muru w bezsilności i niemocy.
- Przepraszam co z profesorem? Powiedział to najdelikatniej jak tylko potrafił
- Żyje, jednak jego stan jest ciężki, w zasadzie krytyczny, rozmawiałam przed chwilą z ordynatorem… nie daje mu wiele szans. Jakaś wielonarządowa katastrofa, powiedział że pacjent wygląda jak zbombardowane miasto, pełne ran i kałuż krwi. Przyzna pan że mógł obyć się bez tych porównań.
- Gdzie leży profesor, czy jest świadomy, można się z nim zobaczyć? Zapytał szybkim dyszącym tonem
- Tak, dzwoniłam po pana na jego prośbę, jest strasznie słaby i ledwo mówi, jednak prosił bym po pana zadzwoniła, mówił coś o uzdrowieniu i że pan będzie wiedział.
- W której sali leży? Zapytał błyskawicznie
- pierwsza za rogiem, odpowiedziała kobieta, będę czekać na dworze, muszę zapalić papierosa
Bez zbędnych ceregieli i niepotrzebnej kurtuazji krótkim skinięciem głowy dał znak że wszystko zrozumiał. Szybkim krokiem minął przechodzącego aptekarza i udał się we wskazanym kierunku, skręcając w korytarz.
Przed wejściem do Sali stanął się na chwilę, jak gdyby łapiąc oddech przed decydującym wyścigiem. Wszedł po cichu, od wejścia uderzył go mdławy zapach będący zatykającą miksturą leków, ludzkiego potu i gangreny. Pod oknem stały dwa łóżka zupełnie puste, oczekujące na przybycie nowych chorych zakwalifikowanych jako przypadki beznadziejne, nierokujące których opieka ogranicza się jedynie do leków przeciwbólowych i modlitwy brodatego zakonnika.
Jego stary przyjaciel leżał pod ścianą. Spokojna twarz zdawała się zdradzać senne marzenia, opowiadając wspomnienia wspaniałego życia. Teraz wyraźniej niż zwykle zauważył bliznę na prawej skroni, pamiątkę po niebezpiecznej wyprawie w głąb afrykańskiej dżungli którą razem odbyli wiele lat temu. Pochylił się nad nim i ściszonym głosem powiedział
– Witaj przyjacielu, pamiętasz jak o brzasku równikowego słońca rozmawialiśmy o tym co jest nam pisane, powiedziałeś wtedy, że prędko nie pożegnasz niebieskiej planety. Czy pamiętasz co ci wtedy odpowiedziałem?
Żernice pod zamkniętymi powiekami zaczęły się poruszać, oddech stał się szybszy, palce dłoni profesora zacisnęły się. Stary druh i powiernik poruszył się nieznacznie na łóżku
- Powiedziałem wtedy, że póki tchnienie ogrzewa mroźne powietrze, póki skrzypienie starych schodów w twojej kamienicy przypominają twoje nadejście będę w pobliżu. Nawet wtedy gdy nie widzieliśmy się miesiącami dokładnie wiedziałem co porabiasz i jaką kolejną ekspedycję przygotowujesz. Zawsze wysyłałem za tobą anioła stróża który miał baczenie na twoje kości.
Najwyraźniej profesor słyszał to swoiste wyznanie bo po krótkiej chwili przebudził się i ciężko podniósł się na łóżku
- Witaj, dobrze że jesteś, dobrze że cię widzę. Przez chwilę miałem wrażenie że z tobą rozmawiam, zupełnie tak jak wtedy gdy wychodziłem z febry w Czadzie. Dzisiaj po raz pierwszy od dłuższego czasu mam jasność myślenia, dlatego poprosiłem żonę aby po ciebie zadzwoniła.
- I tak bym przyjechał, umierałem z niepewności…
- Nie wiem czy się z tego wykaraskam, lekarze mają dość markotne miny kiedy wchodzą do mojej Sali, mówią coś o ciężkim rozpoznaniu, zupełnie nie czuję nóg i bardzo szybko tracę wzrok. Przyszedł mi jednak do głowy jeden pomysł. Wiele lat temu Ojciec opowiadał mi o pewnym kantorze z parafii Św. Macieja który ponad dwieście lat temu cudownie ozdrowiał wznosząc modły do Matki Boskiej nie daleko stąd, ponoć miał podobną przypadłość. Jak ja został sparaliżowany i stracił wzrok. Nie wiem, może zwariowałem, ale bardzo cię proszę jedz tam gdzie poczciwy Balcer wznosił swoje modły, może i mi Matka Chrystusowa pomoże, wiesz miałem taki sen z aniołami w roli głównej, statystami byli wierni podążający w pielgrzymce wznosząc swoje wołania w miejscu gdzie kiedyś rósł potężny dąb z obrazem Najświętszej. Sam mam zamiar się tam udać jak tylko lekarze pozwolą mi wyjść choć na chwilę z tej Sali. Pojedziesz mój drogi? Wzniesiesz w moim imieniu prośbę do Najświętszej? Pojedziesz prawda? zadał to pytanie tak tkliwie, że nawet słoneczne dotąd niebo zapłakało jesiennym deszczem, wiatr zawył żałośnie w szpitalnych murach a dusze umarłych wędrujące od sali do sali pozazdrościły więzi i oddania.  
Profesor wytłumaczył dokładnie jak powinien tam trafić. Odległość od kliniki to raptem dziesięć kilometrów pielgrzymki przez Breslau…


Tym razem pytanie dotyczyło miejsca i wydarzenia o którym  opowiadał profesor

Odpowiedz na zadane pytanie znał Pan Żytosław i napisał "Dąb był na Świętym Wzgórzu: ul. Lipska- piękne, choć nieznane miejsce." i dodał: ozdrowieńcem był organista/kantor Balcer z kościoła św. Macieja


To prawda piękne miejsce i faktycznie chodziło o kantora choć jak mówią inne źródła duchownego z parafii św. Macieja. A było to tak:
Profesor poprosił swojego druha i kompana o wstawiennictwo do Matki Bożej Osobowickiej. W roku 1724 właśnie w okolicy dzisiejszej ulicy Lipskiej na wzgórzu otoczonym Odrą od niepamiętnych czasów stał stary dąb któremu cześć wcale bym się nie zdziwił oddawali zamieszkujący te okolice w czasach przedchrześcijańskich plemienni wizjonerzy . Otóż do tego dębu zgodnie z ludową mądrością ktoś przybił obraz Matki Bożej.

                                                                                                            Matka Boska Osobowicka

Miejscowa gawiedź dość ochoczo udawała się tam wznosząc do Matki Chrystusowej swoje prośby, uskarżając się na niedostatek życia i prosząc o wstawiennictwo. Nawiasem mówiąc część tego niedostatku z pewnością wynikał z warunków stwarzanych przez Siostry Klaryski które wówczas były właścicielkami Osobowic, można powiedzieć paniami na włościach. Pokrętne są losy obrządku rzymskiego. O cudownej mocy obrazu i miłosierdziu względem wiernych Świętej Panienki dowiedział się Balcer pełniący funkcję kantora w parafii Św. Macieja, i tak jak to było w opowiadaniu faktycznie zachorował a konsekwencją choroby był paraliż i utrata wzroku. Udał się zatem na wzgórze z dębem i obrazem. Modlił się gorliwie i długo, zasnął a kiedy się zbudził wstał o własnych siłach i zobaczył piękny Świat.

                                                                                Kościół parafialny parafii Św. Macieja fot. Wratislavie Amici

Od tej pory wzgórze stało święte. Wkrótce wspomniane Klaryski postawiły tuż za dębem drewnianą kaplicę i przeniosły do niej obraz. Rozpoczął się nowy okres w historii Osobowic. Pielgrzymi przybywali odtąd na wzgórze kapliczne wypraszając łaski. Była wśród pątników także księżna Izabela Czartoryska która zachwyciła się urokiem miejsca i pobożnością prostego ludu. Los kaplicy był jednak zagrożony ponieważ właścicielem Osobowic tuż po sekularyzacji ogłoszonej przez władze pruskie stał się Jan Bogumił Korn. Ten sam który odkupił posąg Św. Łucji z Syrakuz.
Trwoga spadła na wiernych na wieść o protestanckich dogmatach wiary pana Jana. Jednak ten poczciwy jak się okazało człowiek mało że kaplicy nie zlikwidował to postanowił ufundować nową murowaną świątynię oddaloną o dwadzieścia kroków od starej.

                                              kaplica na Świętym Wzgórzu zwanym kaplicznym fot. Wratislaviae Amici

A teraz uwaga Jan Korn miał gest w końcu był jednym z największych drukarzy we Wrocławiu więc i sakiewkę miał zapewne pełną, a sadząc po przepychu pałacu w Pawłowicach nie jedną sakiewkę miał odłożoną na czarną godzinę. Otóż do wykonania kaplicy zatrudnił samego Karola Langhansa autora choćby Opery Wrocławskiej i kościoła pod wezwaniem św. Urszuli i 11000 dziewic przy Ołbińskiej. Freski wykonał w kaplicy sam Michał Willmann znany dość dobrze w Krzeszowie nieopodal Kamiennej Góry. I ostatnia ciekawostka - klucz którym otwiera się ciężkie drzwi do kaplicy, to wciąż ten sam oryginalny dziewiętnastowieczny ogromny klucz którym Jan Korn otwierał swój przyszły sarkofag. Zastanawiam się tylko dlaczego Jan Korn nie poszedł na całość i nie zrealizował pierwotnego projektu kaplicy który wydaje się być bardziej szlachetny

                                                                                       niezrealizowany projekt kaplicy fot. Wratislaviae Amici

piątek, 6 września 2013

Czternasta część wrocławskiej opowieści




część czternasta

     Wśród mrowia ludzi stał zupełnie sam, spadające komety przypominały obrazy widziane z pokładu frachtowca na środku pustkowia. Teraz on, równie spokojny jak ocean oczekiwał wieści o swoim jedynym przyjacielu sprzed lat. Dźwięki tramwaju jak wspomnienie dzwonka okrętowego wybrzmiewały powoli.
     Samotność w bezkresie przepełnia celowość działania. Jednak tu, wśród wyrwanych z kontekstu obrazów nie może odnaleźć miejsca zrzucenia kotwicy. Dlaczego męczą go wspomnienia?, dlaczego tak często powracają odgłosy żałosnej melodii słyszanej na pokładzie okrętu. Nie chciał już ich. Jedno o czym marzył to zagłuszyć melodię, zatracić harmonię dalekich wypraw.
- Odejdź i nie wracaj, tamten świat się skończył, wyprowadził się i nie wróci, kaput. Zmiana następuje zbyt szybko, sprzeciw nic nie pomoże. Wciąż jedna myśl kołatała mu po głowie, nieznośna jak swędzenie rozgrzebanej rany .
     Notki prasowe, doniesienia przywożone przez kurierów, świadectwa przebytych tortur. Telegramy, lampy zrobione z ludzkiej skóry, grzebyczki misternie wyrzeźbione z białych kości, niedbałe tatuaże na przedramionach. Kto z załogi ostatniej wyprawy widział by w nich tylko przedmioty. Kto by nie zadał pytania? Nawet bosman zdolny do zabicia gołymi rękami człowieka musiał by coś podejrzewać.
     Oczekiwanie na wieści od żony profesora rozciągały godziny do granic możliwości. Przysiągł by że minął już tydzień, jednak kątem oka, bezwiednie sprawdzany zegarek nie pozostawiał złudzeń. Zaledwie piętnaście minut po jedenastej.
– Kwadrans po nieparzystej, pomyślał, mam szczęście jak cholera… kiedy zadzwoni ten telefon?
     Do umówionego kontaktu ze szpitala dzieliło go zaledwie dwadzieścia minut. Czas drwił sobie właśnie z niego w najlepsze, grał na skrzypcach, spacerował dostojnie po parku szczytnickim strojąc przy tym głupie miny albo ziewał przeciągle zasłuchany w delikatny szum Odry.
     Tego dnia dostojny władca spadających jesiennych liści nie był jego druhem i kompanem, kpił sobie ze strachu jaki ogarniał go na myśl o możliwości straty przyjaciela. Jedynego człowieka w tym mieście, który znał go jeszcze jako młodego, pełnego zapału, nadziei i radości człowieka na środku Morza Czerwonego, w bezkresie australijskiego buszu i gęstwinie oplatającej hinduskie chatki.
     Tak bardzo chciał uchronić przyjaciela, podświadomie zachować swoją tożsamość. Jednocześnie wzbraniał się, bał się że wspomnienia i dawna wrażliwość osłabia jego wolę. Godzinami mógł słuchać o najstraszniejszych okropnościach, zachowując przy tym twarz pokerzysty przed najważniejszym rozdaniem.
     Całymi dniami poświęcał się przeobrażeniu jakie było niezbędne do wykonania zadania, jednak tkliwość i dawna wrażliwość pukały wciąż do drzwi upominając się o chwilę uwagi. Próbowały wyciągnąć go na kawę, na krótką rozmowę o wieczności.
- Tak słucham? Powiedział do słuchawki telefonu. Tak, tak to ja. Tak, rozumiem. Nie, nie przeszkadza pani, proszę powiedzieć… tak? Przepraszam coś przerwało, proszę powiedzieć , czy… rozumiem… dobrze już jadę.
     A Czas właśnie zapragnął tańczyć. Walc wiedeński. Spośród wszystkich kochał go najbardziej, obroty mieszały się w powietrzu, cudowne nuty korzennych perfum ogarniały Salę Ikara na gądowskim lotnisku, tramwaj do którego wsiadł jechał… dostojnie… nieśpiesznie rozglądając się na boki.
- Zaraz mnie szlag trafi! Szybciej do cholery! Wrzasnął do motorniczego
Oburzony tłum spoglądał wrogo niczego nie świadomy, czego chce ten idiota zdawali się myśleć wszyscy pasażerowie?
-Zamknij się i siadaj! krzyknął ktoś z końca wagonu.
     Ukradkiem dostrzegł wpięty w krawat okrągły znaczek NSDAP, czarny kapelusz i debilny wyraz twarzy – typowy dla funkcjonariuszy przemierzających miasto w wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu elementu niepożądanego. Do przystanku zostało zaledwie dziesięć metrów.
- Jednak nie uniknę kontaktu z tym małpoludem – pomyślał widząc przedzierającego się tajniaka
     Był już na wyciągnięcie ręki, prawą dłonią wyciągał z kieszeni płaszcza służbową legitymację, gdy nieoczekiwanie pomiędzy nimi stanęła kobieta, coś upuściła, kogoś zaczepiła, krzyknęła głośno. Zrobiło się zamieszanie.
-Wariatka! Ktoś krzyknął
     Drzwi otworzyły się chrapliwie, silne szarpnięcie wyciągnęło go z wagonu. Zniknął w tłumie przechodniów.
- Masz u mnie dług, powiedziała wybawczyni – Jednak potrafisz być nieostrożny. Po co od razu krzyczałeś na tego biedaka. Przecież robił co mógł. Widziałeś przecież, że na ulicy maszerowało wojsko.
- Strasznie się śpieszę do szpitala, to dlatego. Bardzo dziękuję. Jakie to szczęście że akurat to ty jechałaś tym tramwajem, naprawdę niesamowity przypadek
Kobieta uśmiechnęła się tylko.
- Kiedy zamierzasz odwiedzić podziemne królestwo? Bahus pytał o ciebie… acha jeszcze jedno nie musisz się obawiać wejścia
- Choćby jutro, odparł wyraźnie zadowolony, Przepraszam muszę już iść, naprawdę strasznie się śpieszę a ten okropny Czas chyba gdzieś tańcuje mi na złość
- Co on bredzi? Pomyślała kobieta…
     Przebiegł przez ulicę nie zważając na patrol, ani na pędzące samochody, ruszył pędem w kierunku bramy poprzedzanej niewielkim podjazdem
- Przepraszam czy tu leży profesor Dorken? Zapytał recepcjonistki
- Chwileczkę muszę sprawdzić, kobieta wyciągnęła grubą księgę i zaczęła wertować kartki z datą      6 września 1943 – tak leży, pan z rodziny?
-jak pani zgadła? Odpowiedział błyskawicznie
- przywieźli go wczoraj ze szpitala Wszystkich Świętych, jednak leży nie u nas, musi pan wejść od frontu, to znaczy tak jak od tramwaju, wytłumaczyła spokojnie kobieta.
- dziękuję bardzo, rzucił zbiegając ze schodów
     Przed szpitalem zwrócił uwagę na doskonałą bryłę budynku. Nie wiedział jak to się stało, że mieszkał niedaleko i nigdy wcześniej tego nie zauważył.
Ciepły wrześniowy dzień jak posłaniec mógł przynieść wszystkie wieści i te dobre i te najtragiczniejsze.
- Jeszcze tylko ciężkie wrota i wszystko będę wiedział, pomyślał. Chwycił mocno za klamkę. Drzwi szpitalne otworzyły się z trudem, od razu spostrzegł kobietę stojącą pod ścianą. Jej drobna postura nabierała jeszcze wątłości na tle ciężkich szpitalnych ścian…


Do którego szpitala przewieźli profesora Dorkena ze Szpitala Wszystkich Świętych i co łączy oba szpitale poza oczywiście dbałością o zdrowie wrocławiaków?