piątek, 16 sierpnia 2013

Jedenasta część wrocławskiej opowieści




część 11

     Wnętrze kościoła spowite było dymem unoszącym się z kadzielnicy. Aromatyczny orientalny zapach żywicznej strużki leniwie sączącej się nieopodal głównego ołtarza mieszał się w wilgotnym powietrzu tworząc swoistą nieprzepuszczalną granicę pomiędzy sacrum świętego ołtarza a profanum nielicznych zgromadzonych wiernych.
     Starsza kobieta opierając się o brzeg konfesjonału, z trudem opuściła miejsce w którym przed chwilą wyrzuciła z siebie dręczące ją myśli, grzechy codzienności oraz zbrodnię którą popełniła wiele lat temu, jeszcze jako młoda dziewczyna. Z trudem przechodziły jej przez usta słowa, wspomnienia plątały się z obrazem który przez te wszystkie lata pieczołowicie skrywała.
     Jej ciało zdążyło już zwiotczeć, nie było śladu po dawnej świetności i rumianym spojrzeniu, błysku w oku jakim zaczepiała młodego Alberta, niby sąsiada a jednak osobę która w kamienicy przy Junnerstrasse pełniła niezwykle ważną funkcję powiernika i pastora sąsiedniej parafii. Lata mijały a ona przechowywała obrazy z przeszłości, próbowała rozliczać i rozgrzeszać jego, a przede wszystkim siebie. W końcu gdyby żyło jej dziecko miało by dziś równo pięćdziesiąt lat, a ona być może bawiła by właśnie kolejne pokolenie rodziny Elbricht. Całe życie mogło potoczyć się inaczej gdyby on tego feralnego wieczoru nie podniósł wzroku z nad rozprawki teologicznej, być może jej życie, strach, metafizyczna obawa nie ciążyła by nad nią aż do teraz.
     Solidny drewniany konfesjonał był świadkiem zwierzeń nie jednego zaplątanego człowieka, jednak wspomnienie starej kobiety pozostawiło na nim ślad który ciężko będzie zmyć. Ślady purpury sączącej się spod zaciskanej na przegubie ciernistej pętli spływały właśnie po ściankach spowiednika. Znak że cierpienie jest także bożym posłańcem, namacalny dowód na to że manifestacja własnych trudów może mieć także kolor purpury starej krwi. Tego dnia spowiednik i jego confessio mieli przyjąć jeszcze jednego wiernego…
     Wstał jak zwykle przed piątą rano i tak jak każdego dnia kiedy był w Breslau nim obudził się pierwszy dzwon parafii wyszedł na krótki spacer do Parku Południowego, mijając potężną i zapierającą dech w piersiach restaurację Hassego rozpoczął porządkować własny terminarz. Scalał myśli rozerwane nagłymi wypadkami i przyodziewał, a właściwie zapisywał kolejny arkusz dziennika.
     Wiedział że w takim stanie lepiej aby nikt go nie zobaczył. Kilkudniowy zarost na twarzy był czytelnym znakiem braku elegancji o który posądzić można dorożkarza lub grabarza, ale nie jego, uchodzącego wśród znajomych za doktora filozofii, statecznego mężczyznę w średnim wielu. Nikogo nie zdumiewał nieregularny charakter pracy oraz częste wyjazdy. Na okoliczność ciekawskich spojrzeń i zdawkowych półsłówek odpowiadał coś o Lizbonie, Mediolanie i Berlinie. Wolny zawód popularnego naukowca był doskonałą przykrywką. Kamuflażem którego nie powstydził by się nie żaden z wielu okazów drapieżników przywiezionych z polowań w południowej Afryce.
Wstał świt, krzyknął ktoś w oddali, jakaś sąsiadka przekonywała właśnie dostawcę mleka o konieczności wykorzystania nowo zakupionego przyrządu w codziennej pracy..
     Powoli budziło się miasto... tramwaje dzwonkami ostrzegały przechodniów o niebezpieczeństwie ślimaczego przechodzenia przez tory a nieliczne samochody pędziły ulicami pozostawiając za sobą kłębowisko pyłu i spalin.
     Wszedł do łazienki, rewolwer odłożył na białej półce tuż pod oknem, nigdy nie rozstawał się ze swoim najbardziej zaufanym współpracownikiem. Strumień wody obmył zlew w taki sposób, że tworzący się wir wody przyniósł mu na myśl obrazki znane ze śluzy tuż przy Uniwersytecie. Białe resztki krochmalu na rozkaz wydany przez wodę wypełniającą szybko zlew zakręcały piruety. Spojrzał w lustro, obraz który zobaczył przypominał raczej kanion poorany przez wiatr i słońce niż przeciętną ludzką twarz. Głębokie bruzdy – ślad po nieszczęśliwym wypadku i pożarze sprzed dekady do dziś budziły jego odrazę. W pewnym sensie zdążył do nich przywyknąć, szczególnie teraz kiedy jego funkcja w Bractwie wymagała takiego poświęcenia i nadludzkich zdolności.
     Twarz pomogła mu przekonać do własnych intencji i oczekiwań nie jednego. Nie raz podczas tych pertraktacji  rozmyślał o tym co jest dobre, a co złe, czy krzyki ofiar i wołanie do Boga o pomoc, mają w ogóle jakichś sens. Znał wszystkie z możliwych lamentów, wzniesień i próśb kierowanych w kierunku Najwyższego. Ostatnia wojna wydawał mu się pod tym względem okrutniejsza od tej w której ponownie przyszło mu żyć, może dlatego że wtedy był młody a żywioł okrucieństwa był jak surowa matka, która pomimo okropności może liczyć na bezgraniczną miłość swojego dziecka.
     Teraz zadawał cierpienia nie na polecenie okrutnego feldwebla. Na dobrą sprawę teraz w ogóle nie czynił niczego złego pomyślał, po prostu nie robił nic dobrego. Zło jako materia nie istnieje, jest tylko magnetyczną chmurą, pyłem kosmicznym który na chwilę zabiera ludzi Bogu. Jego także zabrano Bogu, jemu także zabrano wiarę, wiele lat temu, zniknął sens istnienia. Uzasadnienie dla dalszego życia leżało tuż obok, wystarczyło je podnieść, jak zżółknięty liść, zakryć nim słońce, złapać oddech i pomyśleć o braku i pustce, wszechotaczającej martwicy. Tak zrobił, później złamał kod, dotarł go Bractwa, krok po kroku, kolejne progi, dalekie podróże, wtajemniczenie przyszło samo. Rutyna nigdy się nie pojawiła, dawało mu to jasny sygnał, ze to co robi rozpalane jest iskrą twórczą wciąż na nowo.
     To przekonanie dodawało mu otuchy i poprawiało samopoczucie. Szczególnie teraz kiedy tak dobrze znane opiaty już od lat nie poprawiają mu nastroju. Wypracował sobie własny sposób na gaszenie świec, na zabieranie ostatnich oddechów. Strzał - krótki i zdecydowany, celem zawsze było serce, z upodobaniem studiował atlas anatomiczny aby precyzyjnie wyznaczyć jego środek. A więc strzał w sam środek gorącego, pulsującego serca, amen.
     Wśród setek ofiar w ciągu wielu lat tylko jeden człowiek uszedł z życiem, domyślał się że coś poszło nie tak, usłyszał metaliczne brzęknięcie i głosy ludzi. Musiał uciec zapamiętując obraz. Wróci po niego - musi wrócić przysiągł w duszy. Nazwisko tego człowieka było na kopercie, twarz i pochodzenie znał od dawna...
     Wyszedł z mieszkania podpierając się laseczką ze srebrną rękojeścią, grzecznie przywitał sąsiadkę – najpewniej tą samą którą rankiem słyszała cała ulica.
     Teraz zmierzał jak najszybciej w kierunku świątyni. Kościół gdzie oczekuje go Najwyższy i niewiadoma znajdował się w innej części miasta. Od dawna zwracał jego uwagę niespotykany w Breslau włoski styl budowli, typowy dla okresu baroku. Znał każdy szczegół kościoła który w założeniu prostokąta z monumentalnym szczytem był reprezentantem kościołów emporowo-halowych, tak popularnych w Italii. Potrafił docenić bogactwo osiemnastowiecznego ołtarza oraz to, że z ulicy zupełnie niepozornie niczym do holu kamienicy wślizgiwał się do tego manifestu kontrreformacji, z którą po cichu sympatyzował.
Wszedł do świątyni, starsza kobieta niepewnym krokiem i jeszcze bardziej niezdecydowanym ruchem ręki zrobiła znak krzyża, konfesjonał oczekiwał na niego, wszedł złożył ręce do modlitwy i powiedział ściszonym głosem
- W milczeniu, w śnie, znak krzyża rzuca cień
- W tym cieniu odnajdziesz moc, gdy zgasną świece - przebudzisz się – odpowiedział mu zakonnik

     Do jakiego kościoła trafiła staruszka i człowiek z blizną – to pytanie na dzisiaj tak brzmiało pytanie, jak myślicie kto znał prawidłową odpowiedz w niespełna 30 min? Oczywiście Pani Marta, Pan Paweł zajęty był sprzątaniem ;-) nie ma tego złego przynajmniej ma czyściutko :-)

     Kościół do którego trafiła staruszka i człowiek z blizną stoi do dzisiaj we Wrocławiu i zachęcam do jego odwiedzenia, zachowały się w nim praktycznie w niezmienionym stanie zarówno ołtarz jak i wystrój. Mowa oczywiście o kościele Św. Antoniego przy ulicy Św. Antoniego 32. Co prawda obecnie zmienił patrona i jest kościołem parafialnym parafii Św. Mikołajaa tak naprawdę był także kościołem klasztornym Franciszkanów Reformatorów. Obecnie Ojcowie Paulini zarządzają dawnym kościołem Franciszkanów, czyli wszystko zostało w rodzinie. Można do niego wejść od ulicy Św. Antoniego.

                                                                                                                                                                    fot. fotopolska

     Historia powstania kościoła jest bardzo interesująca, otóż wszystko zaczęło się w XVI wieku kiedy to w roku 1522 w ramach reformacji wypędzeni z miasta zostali Franciszkanie obserwanci czyli po prostu Bernardyni. Podczas kontrreformacji o której była mowa w opowiadaniu zakonnicy użyli wszelkich metod aby uzyskać za wstawiennictwem Cesarza od miasta zadośćuczynienie. Rajcy miejscy kupili działkę przy ulicy Psiej od niejakiego Georga Adlera który pomimo orła w nazwisku nie był ornitologiem a jedynie postrzygaczem sukna czyli jak by nie było krawcem. Inna sprawa, że obecnie niewielu krawców stać na handel nieruchomościami w mieście. Okazało się jednak, że działka krawiecka nie wystarczała Franciszkanom więc nie pozostało nic innego jak dokupić sąsiadującą parcelę od sąsiada Adlera niejakiego Zachariusa Dobricka i oddać całość zakonnikom.

                                                                                                                                                    fot. fotopolska

Kościół konsekrowany był dopiero w roku 1710. Jak by nie liczyć dopiero po 188 latach od wypędzenia przy obecnej ul. Św. Antoniego pojawił się kościół z prawdziwego zdarzenia. Co prawda wcześniej, zaraz po zakupie działki i przekazaniu jej zakonnikom postawiono tu drewniany kościółek zamieniony w latach 1685-1692 na murowaną świątynię. Związane to było z wybudowaniem sąsiedniego klasztoru którego ślady odnaleźć można przy ulicy Włodkowica. Ale o tym innym razem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz