piątek, 23 sierpnia 2013

Dwunasta część wrocławskiej opowieści

                                                                                                                                                     fot. Wratislaviae Amici

część dwunasta

(...) Słowa wypowiedziane przez kobietę zapadły mu w pamięć, spodziewał się, że wcześniej czy później zrozumie ich sens, jednak zanim to nastąpi chciał raz jeszcze z nią porozmawiać . Szukał kobiety i rozpytywał o nią wszystkich którzy mogli cokolwiek wiedzieć. Szukał tropu, próbował odnaleźć miejsce jej zamieszkania. Niestety ku radości Złośliwości która specjalnie dla niego ubrała najbardziej pstrokatą sukienkę nic nie mógł ustalić. 
Nareszcie,  wędrówka po mieście się skończyła Po wielu dniach tułaczki zobaczył kobietę łudząco podobną do tej spotkanej nieopodal bastionu Konwiarza. Siedziała spokojnie na ostatniej ławce tramwaju zmierzającego w kierunku Klein Tschansch. Lekko oparta, jak gdyby nieobecna w gęstniejącym tłumie pasażerów. Bez namysłu udał się tam, gdzie mógł dowiedzieć się ciut więcej o zegarach wskazujących południe i kurach oznajmiających przybycie kogoś. No właśnie kogo? Było to pytanie które zadręczało go od dawna.
W pobliżu dworca, tak samo potężnego jak w dniu  kiedy przywitał go pierwszego dnia w Breslau widział w oddali znikający wagonik miejskiego tramwaju, ten sam który wiózł tajemnicę. Po prawej stronie minął siedzibę poczty i perony kolei towarowej oraz dziesiątki obładowanych wozów. Chude szkapy ze zmęczenia pochylały swoje łby, jak gdyby szukały w bruku Flurst Srasse siły do dalszego mozołu. Były podobne do setki innych zabiedzonych koni katowanych przez pijanych woźniców. Niewolne stworzenia kopytami wystukiwały głuchy rytm w każdym zakątku miasta. Jedne pstrokate, jak rumaki z powieści Karola Maya, inne siwe a właściwie szare, przykurzone pyłem węglowym  jednak było coś co je łączyło. Wszystkie przez całe swe nędzne końskie życie wybijały bruk pracując w znoju i upokorzeniu licząc na garść obroku i podmokłe stare siano.
Gdzie im było do dostojnych ogierów kawalerzystów, lub wspaniałych championów z Hartlieb Chrapy ciężko unosiły się wyrzucając na ulicę pianę skłębionej śliny, uszy strzygły na boki wsłuchując się w szum miasta.
W plątaninie ulic Ohlauer Vorstadt zgubił się, nie po raz pierwszy. Była to okolica tajemnicza, pełna niespodzianek i niebezpiecznych podwórek. Wiele razy tuż po wypowiedzeniu nazwy jednej z ulic słyszał od razu „ uważaj i strzeż się tych miejsc”
W cieniu domu przy Lösch Strasse zaintrygował go szum dochodzący z wnętrza jednej z bram, gwar jaki pamiętał ze stacji kolejki wąskotorowej, lub foyer  Capitolu. Ostrożnie, bezszelestnie wszedł do środka, dźwięki słyszane z ulicy zaczęły narastać, dopiero teraz zaczął rozróżniać poszczególne słowa zacierane zwierzęcymi pomrukami i euforycznymi spazmami kobiet. Ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem, który podpowiadał mu
 – nie idź!, uciekaj!, nie znajdziesz tu nic prócz zguby idioto!
Wszedł głębiej, w rozpadlinie podłogi pobłyskiwały kawałki szkła, stare szmaty które wcześniej trzepotały się w wybitych oknach, teraz leżały bezładnie przykrywając obgryzione kości zwierząt. W mazi fekaliów i piachu naniesionego z ulicy popiskiwały szczury, zakręcając swoimi długimi, obrzydliwie gołymi ogonami resztki jedzenia. Wchodząc do piwnicy powoli przyzwyczajał się do ciemności. Oczy posłusznie wykonywały instrukcje mózgu który pobudzany adrenaliną myślał szybciej, sprawniej łącząc synapsy poznania.
Byli tam wszyscy, małoletnie prostytutki które nie bacząc na bliskie sąsiedztwo odurzonych współbratyńców oddawały się ekstatycznym uniesieniom, był też kompletnie pijany Dionizos obdarzony wszystkimi możliwymi atrybutami z karafką w ręku. Były też zamroczone muzy które dzielnie mu asystowały. Pomimo niezbyt urodziwej twarzy z wyłupionym najpewniej w bójce okiem sprawiał wrażenie niezwykle zadowolonego z życia. Krzyczał głośno mieszaniną włoskiego, francuskiego i bliżej nieokreślonego języka który zapewne obowiązuje tylko w jego królestwie. Nie był jednak władcą tego ludzkiego planktonu. Król kanałów, szumowin, drobnych przestępców, kurtyzan i złodziei Breslau był w innej części miasta, zajęty niezwykle ważnymi jak się później okazało sprawami.
Po lewej stronie boga taniego wina i chrapliwego śpiewu stał osowiały szary na twarzy mężczyzna nieokreślonego wieku, trzymając kurczowo niedopałka tłumaczył coś niewidzialnemu audytorium, prowadził rozmowę której treść wywoływała u niego współczucie i szczere politowanie. W jednym momencie mężczyzna odwrócił się, spojrzał w jego stronę matowymi oczami, odwrócił jednak wzrok i powiedział.
- mój kochany, tak, tak w dniu twojego święta przyniosłem coś dla ciebie, mój kochany, opiekuj się nim, ten pies jest dla ciebie najdroższy, mam nadzieję że się już nie gniewasz, wiesz przecież że jesteś dla mnie wszystkim, jest dla ciebie, mój kochany…
Podniósł wzrok, zasłuchany w odpowiedz, być może zapewnienie wierności, może radość z otrzymanego prezentu.
Stary pękaty kolejarz, sądząc po znoszonym mundurze głośno wykrzyczał obelgę. Nikt oprócz niego nie zwrócił na to uwagi, nikt nie mógł być  adresatem złowieszczego przekleństwa.
- Chryste, pomyślał – w najmniej oczekiwanym momencie można spotkać największe dziwactwa jakie nosi Ziemia.
- Przepraszam, czy pan kogoś szuka? A może kogoś pan znalazł? Zapytała kobieta która przed chwilą mignęła mu w tramwaju. To była ona, wiatr delikatnie rozwiewał jej włosy. Tak samo szklistym wzrokiem jak podczas poprzedniej rozmowy  zaglądała mu w oczy. Czuł, że w jej obecności nie uniesie najdrobniejszego nawet kłamstwa, stała przed nim jak wyrocznia w tej swojej codzienności, swojskiej szarości, która tym bardziej ją zbliżała i oswajała.
- Witam wędrowca w przystani bezpiecznej, powiedziała miękko. Sam znalazł pan wejście, gratuluję dodała. Widzi pan tu, w tej szczelinie miasta zbiegają się szlaki a każdy z nich strzeżony jest przez moich krewnych. Nikt nie może wejść i wyjść zabierając zapamiętane obrazy ze sobą. To kluczowa zasada, poznałeś już Dionizosa, czy ma oba oczy?. Nawet czarne psy zjadające ludzi, nawet skośnoocy z dalekich stepów nie znają naszego miasta, tak jak my – dodała.
- Chciałem wiedzieć, to znaczy zapytać panią o naszą ostatnią rozmowę
- Myślałam że o dziecko
- Dlaczego miałbym pytać o tego chłopca?
- Nie zwrócił pan uwagi na jego odświętny strój? Gdyby nie ojciec wyglądał by znacznie gorzej
- Wciąż nie rozumiem, proszę mi powiedzieć
- Później
Przerwała mu nagle, odeszła dziesięć kroków  i wykonała gest który ostatni raz widział na Einbaum Strasse żegnając jednego z bezimiennych, broczącego krwią z rozerwanym sercem. Nikt oprócz nich nie mógł bezwiednie skrzyżować w taki sposób palców.
- A więc ona jest jedną z nas…powiedział cicho, był tego pewien.
Stał samotny pośród karłów, pijanych dzieci i ludzkich karykatur, nie chciał zostać jednym z nich, nie odważył się przekroczyć ciasnego korytarza zakończonego pancernymi drzwiami z okrągłym wizjerem. Ostatecznie nie widział zbyt wiele, więc i tajemnica nie obowiązuje go w takim samym stopniu. Wyszedł na zewnątrz promienie słońca natychmiast skurczyły jego źrenice powodując chwilową ślepotę. Dalekie odgłosy miasta wytłumione studnią kamienicy zdawały się przypominać o innym świecie, nie zauważył jak tuż przy nim stała tajemnicza bezimienna.
                - musimy ustalić co już wiesz, czy udało ci się rozszyfrować wiadomość pozostawioną przez mnie w porcie miejski?
                - wciąż brakuje mi punktu zaczepienia, swoją drogą do piękny exlibris
                - tak, jest rzeczywiście uroczy, jest to jeden ze znaków naszych wrogów, w nim ukryte są znaczenia, najczęściej miejsca spotkań i kolejnych kontaktów przedstawianych symbolicznie. Każdemu Bratu odpowiada jedno lub więcej zwierząt. Z pewnością runiczne znaki odszyfrowałeś prawidłowo, zapytała nie oczekując odpowiedzi
                - z tym nie miałem problemu, swoją drogą bardzo ciekawe zestawienie. Zrozumiałem tyle, że właściciel lub właściciele mają czuwać na wszechświatem jaki jest w nich a zapanują nad wszechświatem bo duch twórczy musi zwyciężyć, wtedy siła ducha uwolni ich przedstawicielu czystej rasy. Brakuje mi jednak ogniwa które połączy treść znaków z obrazkami
                - z tym nigdy nie jest  łatwo, klucze do kolejnych wiadomości noszą bardzo blisko uczestnicy Bractwa
                - powiedziała pani Bractwa, Braci?
                - tak właśnie w ten sposób siebie określają, stworzyli zakon, nową formułę, uszlachetnioną wersję starych obrzędów. Ich wiara opiera się na kulcie demona który podobnie jak Wotan miał lewitował przebity ostrzem włóczni. Wiem jedynie tyle, że ich obrzędy przepełnione są przekazami których próżno szukać wśród żywych
                -seanse spirytystyczne? Zapytał prawie pewien, że w końcu jeden element z dotychczasowych zdarzeń zaczyna pasować do tej trudnej łamigłówki
                - tak, jest wśród nich potężne Medium…
                - dlaczego Breslau?
                - wszyscy Bracia uważają, że potępiony i na wsze czasy uwięziony przez mury, którego głowa do dzisiejszego dnia woła pomocy był jednym z nich. Są przekonani, że w środku czaszki nieszczęśnika odnajdą najstarszy testament, Mojżeszowe tablice własnego wyznania. Według podania które Bractwo pieczołowicie skrywa, głowa należała do niesłusznie osądzonego. On podobnie jak dziś Nowy Zakon nie robił nic złego, po prostu nie czynił dobra. Głęboka mistyczna wiara opiera się na dogmacie odwrotnej polaryzacji, tajemnicy drugiej strony lustra do której tak często zaglądają wskrzeszając zabłąkanych. Ów skazaniec dodatkowo podczas swego życia posiadł tajemnicę  którą zawarł w niedostępnym miejscu swojego ciała. Miał za swego życia spotkać demona, służył mu i zawarł przymierze, wsiadł do jego arki samotny, obiecując wypełnienie przepowiedni. Zginął jednak przypadkowo nie dopełniając reszty obowiązków. To między innymi jego przywołuje Medium o której ci wspomniałam. Teraz musimy już iść, każdy w swoją stronę, ty najpewniej na zachód ja muszę udać się w podróż na wschód…



Flurst Srasse - ul. Małachowskiego
Ohlauer Vorstadt - Przedmieście Oławskie (Rakowiec)
Lösch Strasse - ul. Prądzyńskiego
Einbaum Strasse - ul. Kraszewskiego
 
Pytanie dotyczyło znaczenia znaków runicznych które pojawiły się na exlibrisie oraz pewnego nieszczęśnika który stracił głowę.

Na trop wrocławskiej części pytania wpadła Pani Gaja przypominając pewną makabryczną historię jednego ze Świętych który jak mało kto związany jest z Wrocławiem, w końcu zajmuje bardzo eksponowane miejsce  w centralnej części naszego herbu, a więc Pani Gaja odpowiedziała:
"We z Wrocławiu, jedyną znaną mi postacią bez tułowia jest głowa Jana Chrzciciela na talerzu umieszczona m.in. na wrocławskim herbie. Stracił on ją ponieważ Herod Antypas, tetrarcha Galilei i Perei, chciał strasznie zobaczyć taniec Salome. Obiecał spełnić każde jej życzenie, aby tylko mu zatańczyła. Ta – na polecenie matki – zażądała właśnie głowy Jana Chrzciciela."
jednak jako, że św. Jan Chrzciciel nie miał nic wspólnego z murami które przetrzymują jego głowę i nastąpiło sprostowanie. Pani Gaja przytoczyła jedną z wrocławskich legend o pewnym nieszczęśniku Henryku. Kto jej nie zna, niech przeczyta, a było to tak...
 
 
 
Dawno dawno temu, kiedy we Wrocławiu ludzie raczej spacerowali niż jeździli taksówkami, a wirtualne odkrycia zastępowały dalekie podróże konno, w mieście żył złotnik którego znajomi wołali po prostu Franek. Był człowiekiem prawym i odpowiedzialnym, a jako że miał jedyną córkę, strzegł swojej Basi jak oka w głowie i chciał dla niej jak najlepiej. Być może dlatego że był złotnikiem,  wartością najwyższą były kosztowności, a nie jak to z reguły bywa: miłość, przyjaźń i zrozumienie. Pech chciał że kandydatem na przyszłego męża był jego czeladnikiem w którym na domiar złego Basia córka Franciszka się zakochała. Heniu był dobrym, szczerym młodziakiem jednak "forsą nie śmierdział" jak to zwykli mawiać w 1984r. cinkciarze pod Dworcem Głównym.
Ojciec Basi postawił jasne warunki, albo młodzian przychodzi z workiem pieniędzy, albo zegnaj wspaniały Świecie. Zakazał spotkań i kropka. Nie trzeba pracować w dochodzeniówce, żeby domyślić się, że zakazy tym bardziej młodych do siebie zbliżyły, jednak szuja Jakub który do niedawna był kolegą Henia doniósł swojemu pryncypałowi Franciszkowi o tajnym spotkaniu zakochanych. Stary złotnik wściekł się okrutnie, przegonił młodego Henia tam gdzie pieprz rośnie i Koziołek Matołek został "Królem Małp"
W tym momencie kończy się przypowieść pełna tragizmu nieszczęsnych Romea i Julii. Młody Henio w swym nowym tułaczym życiu spotkał zbójów, kto wie być może na jego drodze stanął Manduba, tak czy inaczej bandziory nie mogli nic mu ukraść, więc postanowili przyuczyć młodziaka do nowego fachu. Po krótkim czasie Heniu stał się Krwawym Henrykiem który zabijał i rabował bez litości. W nie wyjaśnionych dotąd okolicznościach wszystkich bandytów oprócz Henryka wyłapano. Nasz bohater z workiem pełnym kosztowności postanowił wrócić do Wrocławia i  raz jeszcze uderzyć w konkury. Stary Franciszek oniemiał z zachwytu i na prędce począł organizować wesele jak się patrzy. Jednak wśród kosztowności odnalazł zakrwawiony świstek z pismem starego przyjaciela, który niedawno zginął z rąk bandziorów. Zorientował się i kolejny raz upokorzył przyszłego niedoszłego zięcia. Tym razem pogonił go tam gdzie raki zimują.
Pamiętajmy że Heniu nie był już tym samym człowiekiem, miał na swoim koncie wielu Bogu ducha winnych dolnoślązaków. Postanowił podłożyć ogień pod domem Franciszka i w ten sposób wziąć odwet. Aby lepiej przyglądać się pożarowi wszedł na wieżę katedry Św. Jana Chrzciciela i przez okienko obserwować grasujący ogień. Nie przewidział jednak tego, że metafizyczne siły potrafią ściskać mury gotyckich budowli wydając wyrok na zbrodniarzach. Tak się stało tym razem, głowa nieszczęśnika została uwięziona w południowej wieży wrocławskiej katedry i do dzisiaj próbuje nam coś powiedzieć w pełnym cierpienia grymasie. Ot cała historia.
 
 
 

Co do run pojawiających się w opowiadaniu, są to:

Hagal - "czuwaj nad wszechświatem, jaki jest w tobie, a zapanujesz nad Wszechświatem"
Sol - "duch twórczy musi zwyciężyć"
podwója Sig - symbol czystej rasy aryjskiej
Tyr nałożony na Os -  "siła twego ducha uwolni cię"


Pojawiły się one między innymi na pierścieniach najbardziej zasłużonych SS-manów
Opracowaniem znaczenia znaków runicznych w latach trzydziestych zajął się Karol Wiligut. woskowy i okultysta. Zrobił to na potrzeby nowego wyznania którego był autorem. W 1933r. wstąpił do SS pod pseudonimem Weisthor. Udzielał ślubów SS-manom zgodnie z wymyślonymi przez siebie obrzędami. Po tym jak wyszła na jaw choroba psychiczna Wilguta, został usunięty z SS w 1939r. pozostając wciąż bliskim znajomym Himmlera.

 
 
 
 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz