czwartek, 1 sierpnia 2013

Cześć dziewiąta wrocławskiej opowieści

       


 część dziewiąta


       Wiatr wirujący nad zachodnimi dzielnicami miasta stał się posłańcem przynoszącym dobre i złe nowiny, nie pytał którą najpierw wręczyć adresatom poczty. Szare koperty listów najbliższych, wysłane znad usłanych różami pól Alzacji, Północnej Lotaryngii i piaszczystych bezkresów Sahary niosły w sobie wszystkie odcienie pragnień, tęsknot, miłości i rezygnacji. Niosły także ostatnie słowa konających strzępów dawnych dzielnych mężczyzn, z których żaden nie przypuszczał, że ośmiornica pancernych odnóży wciągnie ich w kłębowisko siarki, prochu i krzyku przyjaciół. 
          Ich - dostojnych szanowanych ojców wielodzietnych rodzin którzy nikomu nie musieli niczego udowadniać a szczególnie męstwa i odwagi.
         Granatowi chłopcy, posłańcy na bicyklach z Rosenthal skrzypiącymi kołami swoich pojazdów zataczali koła w poszukiwaniu adresów przyszłych wdów, zrozpaczonych, młodziutkich i pięknych narzeczonych oraz dzieci, tysięcy dzieci…
          Dobrze wiedzieli jakie nowiny przypadają im w udziale, każdego dnia widzieli oczekiwanie przeplatające się z nadzieją, patrzyli na z ledwością uchylane drzwi zrezygnowanych i późniejszą euforię na wieść o powrocie ukochanego, znali na pamięć wszystkie możliwe reakcje ludzi.
       Błahostka, donieść pocztę... Jednak nie wszyscy z nich mogli unieść ten ciężar, brzemienny ładunek smutku i rozpaczy. Skrupulatne, bezlitosne kartoteki policyjne bezdusznie podawały tylko zdawkowo kolejne informacje:

- Kurt Weber, lat 59, samobójstwo w Morgenau i drobnym drukiem dopisane „powieszenie”
- Adolf Schanbauer, lat 61, samobójstwo – podpalenie
- Siegfried Meeler, lat 12, zaginiony

Coraz więcej nazwisk, coraz dłuższe statystyki, coraz mniej mężczyzn w mieście, czas w jakim przyszło żyć normalnym ludziom nie był łaskawy dla wrażliwców.
        Piątkowe wczesne popołudnie z zasłoniętym ołowiem bezkresem nieba stało się dekoracją której nie powstydzili by się scenografowie Teatru Miejskiego.
Na umówione spotkanie kwadrans po piętnastej zmierzał wzdłuż dworca Bahnhof Nikolaitor, nierównym chodnikiem, wpatrzony w bliżej nieokreślony punkt, przeciął ulicę i tory kolei Marchijskiej. Zwykle ruchliwa o tej porze ulica przemysłowa był pusta. Tuż za skrzyżowaniem minął kobietę w średnim wieku, najpewniej gospodynię domową, sądząc po codziennym ubraniu upstrzonym tu i ówdzie kropkami soku malinowego i mąki zapewne od lepionego ciasta. W jednej ręce mocnym uściskiem pilnowała na oko dziesięcioletniego chłopczyka, drugą podtrzymując kosz wiklinowy na zakupy, taki sam jaki widywał w nadmorskich kurortach próbowała zerwać listek z pobliskiego drzewa. Oprócz kobiety i dziecka na całej długości kamienistej ulicy nie było nikogo. Nikt nie wchodził i nie wychodził z pobliskich domów, także zakłady Archimedes wydawały się być zanurzone w lipcowym letargu.
          Przekroczył ulicę jak rwący strumień, niepewnie, zaledwie sześć kroków dzieliło go od kobiety z dzieckiem gdy usłyszał nagle:
          - Serdecznie pana przepraszam, która jest teraz godzina?
Wskazówki wyprostowały się w jednej chwili na godzinie 12 oznajmiając południe, zenit, moment w którym rozstrzygały się losy pojedynkujących się samotnych wilków przemierzających Świat w poszukiwaniu spełnienia.
Dziwne - pomyślał, dał by sobie rękę odciąć, że przed chwilą, porównując czas jaki odmierzała jego niezawodna pasówka z wielkim dworcowym zegarem widział krótką pękatą kreseczkę zatrzymaną na arabskiej trójce. Bez wątpienia, była piętnasta, na pewno piętnasta, przecież do spotkania pozostało zaledwie 15 minut upewniał się w myślach.
    - Bardzo panią przepraszam mój zegarek najwyraźniej się zepsuł. Ale sądzę, że jest około piętnastej odpowiedział, sprawdzając raz jeszcze cyferblat.
         - Którą godzinę pokazuje pański zegarek, jeśli można wiedzieć? ciepło zapytała kobieta
    - Dwunastą - odparł, ale to nie możliwe, to pomyłka jest piętnasta, może pięć po, ale na pewno około trzeciej po południu.
     - Widocznie właśnie tu, właśnie w tej chwili, na tej ulicy, jest godzina 12 odpowiedziała nieco anemicznie kobieta. Czas się nie myli, on jest, nie ma płci, nie zna granic, nie ma początku i nie ma końca. Południe - moment kiedy po raz drugi odzywa się kogut, w swojej dostojności nastrajając resztę świata, przygotowując oczekujących na jego nadejście… Pański zegarek wyznaczył właściwą godzinę dodała tajemniczo.
- Bardzo panią przepraszam jestem umówiony, za chwilę się spóźnię, naprawdę muszę już iść uciął krótko nie wychodząc ze zdziwienia, czuł się coraz bardziej nieswojo na tej z pozoru pustej ulicy. Właściwie miał wrażenie że spotkał kogoś znajomego, kobietę z pamiątkowej rodzinnej fotografii Jednak tej osoby już nie ma, od powrotu i ponownego zaginięcia minęło kilka lat, poza tym to było inne miejsce, zupełnie inny Świat …
-miły panie – dodała kobieta i spojrzała przez ramię skupiając wzrok na jego oczach w pół: kryzys, stal, drzewo i krzyż dodała aksamitnym głosem, odwróciła się i poszła nieśpiesznie w kierunku wyrastającej zza horyzontu olbrzymiej bryły schronu postawionego po środku Striegauer Platz. W dalszym ciągu ściskając chłopca i wiklinę.
Dobrze wiedział, przekonał się wiele razy, że tym mieście nie można ignorować niczego i nikogo, chociaż bardzo by chciał skwitować to jednym określeniem – "wariatka", i zapomnieć o całym zajściu.
         Brama zakładów Linke-Hofmann jak zwykle strzeżona była przez strażników którym uniformy nadawały sznytu i powagi, zaciągnięte głęboko na czoło czapki przykrywały daszkami krzaczaste brwi niezbyt rozmownych służbistów. Podejście zbyt blisko bramy wspartej na ceglanych słupach mogło spowodować niepotrzebne zwrócenie uwagi i skierowanie na niego pytającego wzroku cerberów.
- Muszę być niezauważalny, to jest teraz najważniejsze, unikać niepotrzebnego kontaktu, pomyślał. Odnalazł się w pobliżu bocznicy kolejowej nieopodal peronu stacji, wśród zmęczonych ślusarzy, tokarzy i kowali nie wzbudzając niczyjego zainteresowania.
Odgłosy fabryczne nadawały swoisty rytm powietrzu, fale wyczuwalne na brukowanej ulicy przechodziły przez chodniki i każdy uchyłek nie równej ulicy. Ich źródło kryło się w potężnych halach fabryki wagonów. Świst pary i kłęby białej pierzastej chmury zasnuły cały peron, były jak chleb powszedni, modlitewny sakrament, który jedli każdego dnia, żeby tylko  ktoś jeszcze odpuścił im grzechy codzienności.
       W oczekiwaniu na spotkanie spojrzał raz jeszcze na zegarek – godzina 15.10 - ani przetarcie oczu ani ukąszenie komara nie wyrwały go z letargu, to nie był sen, więc naprawdę spotkał kobietę która powiedziała mu coś o kogucie i spełnieniu przepowiedni, o nadejściu, o oczekiwaniu– dlaczego jemu ? przecież nie mogła wiedzieć że za chwilę spotka się z Franzem a już na pewno nie wiedziała co Franz ma mu do powiedzenia na temat spotkania u Hrabiny von Pilzntz.
Paul Stachowsky był w tym czasie zajęty przygotowaniami obiadu, właśnie oprawiał według najlepszego przepisu z śląskiej książki kucharskiej sześć pstrągów. Trzy były dla niego, chociaż już teraz wiedział że to przynajmniej o dwa za mało. Nie zdążył przygotować więcej. Znaczną część połowu musiał wyrzucić ratując się ucieczkę przed zbyt nachalnym patrolem żandarmów.
- Rybołówstwo na pilnie strzeżonych terenach od zawsze było bardzo ryzykowne, jednak smak i struktura ryb pilnowanych przez wojsko nie mogła równać się z niczym innym, pomyślał uśmiechając się w duchu.
         Nie opodal głównego traktu którym każdego dnia wracali zmęczeni robotnicy fabryki wagonów stał Franz, wyprostowany jak zwykle. Jego fizyczność w pełni odpowiadał wymogom powstałej przed kilku laty nowej formacji której credo była wierność a symbolem śmierć. Tylko dla tego, że był inżynierem, tak potrzebnym przemysłowi zbrojeniowemu, nie został wciągnięty to SS.
- Witaj Franz !
- Dzień dobry odpowiedział tak, jak gdyby obawiał się łakomych każdego dźwięku uszu przechodniów. Chodźmy stąd jak najprędzej, oznajmił zdecydowanie, zaraz rozpocznie się wizytacja armijnych notabli.
Promienie słońca rozświetlały ulicę na całej jej szerokości, brudne szyby przejeżdżających samochodów oraz stukot maszyn towarzyszyły im właściwie do pierwszej naprawdę szerokiej arterii. Tam nie opodal Westend Strasse zatrzymali się na chwilę. Nagle niebywała jasność wdarła się pod okulary Franza odbijając się od soczewek rozświetliła jedno z pól stojącego tuż obok Hahnenkrähe
- „Południe - moment kiedy po raz drugi odzywa się kogut, w swojej dostojności nastrajając resztę świata, przygotowując oczekujących na jego nadejście…” powtórzył w myślach już drugi raz tego dnia sparaliżowany i obezwładniony.
- Spotkanie u Hrabiny, bynajmniej nie można nazwać pogaduchą przy herbatniku, zagadnął Franz. Obecne na nim osoby na długo zapamiętają wydarzenia tego wieczoru. Sam jeszcze nie mogę ochłonąć. To było niesamowite: obrazy, wizje, twarze, krzyk i zwierzęta
- Jakie zwierzęta? Zapytał
- Nie wiem co to znaczy, postać którą Hrabina przywoływała była kimś bardzo ważnym dla wszystkich obecnych, podobno brakowało jeszcze drugie strumienia, ale nie pytaj mnie nie wiem o co chodzi. Najważniejsze że mój podstęp się udał – mówiłem ci podając się za tego SS-mana mogłem zaskarbić sobie ich zaufanie. Tylko wiesz, ten znak… już na całe życie.
- Jakie zwierzęta, mów szybko !
- tur, pszczoła, mysz, kogut…
- kogut?
- kogut – dobrze słyszałeś – cóż jest dziwnego w kogutach?, nic nie rozumiem dodał Franz. Mysz odnajdziesz w Neue Regierung powiedział Franz

Hahnenkrähe to Kurek Wrocławski
Striegauer Platz. – to Plac Strzegomski
Linke – Hofmann werke to późniejszy „Pafawag”

Pytanie dotyczyło myszki, gdzie można ją znaleźć w pobliżu Neue Regierung?

Na pytanie odpowiedzieli od razu chwilę przed północą Pani Marta i Pan Paweł, oczywiście myszkę można znaleźć w detalach nad wejściem do dzisiejszego Urzędu Wojewódzkiego

                                                                                                                                                     fot.  Quol° Wratislaviae Amici

Sam Urząd wybudowany jako nowa siedziba władz miejskich w latach 1939 - 1945 wg. autorstwa Feliks Bräulera przy współpracy min. Konwiarza, Boehma, Kuhna, na uwagę zasługuje fakt, że budowę kontynuowano nawet w przededniu wielkiej klęski Niemiec. Co świadczyć może o wyjątkowej determinacji, oraz propagandowej konieczności kończenia pomników ówczesnej władzy. Myszka znajduje się się na jednym z trzech plakiet pokrytych płaskorzeźbami poświęconymi rolnictwu, włókiennictwu i górnictwu. Sam budynek prezentuje ukochane przez propagandystów III Rzeszy formy neoklasycystyczne i monumentalne. Warto wspomnieć także, że pierwotna bryła Urzędu zmieniła się w trakcie realizacji projektu, początkowo planowano wybudowanie w tym miejscu bardziej monumentalnego biurowca wg. projektu Maxa Berga, projektu ppwstałego już w latach 20-tych



wizję oraz realizację tego założenia wspaniale ukazał autor bloga


http://vimeo.com/43298689




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz