wtorek, 24 grudnia 2013

Zimowa opowieść o pewnym człowieku i jednej ulicy

     Jest we Wrocławiu wiele takich miejsc gdzie oczy wyskakują z orbit a szyja kręci aż kręgi strzelają. Wszystko to za sprawą bogactwa zdobień, wyszukanej formy kamienic i klimatu jaki tworzy zwarta zabudowa secesyjnych perełek z początku XX wieku. 
     Takie miejsca przykuwają uwagę zarówno turystów, jak i rodowitych Wrocławiaków. Ulica Podwale, Reja, Nowowiejska, Kościuszki... Stałych punktów wędrówek po naszym pięknym mieście jest naprawdę sporo. Jednak zdarzają się ulice zapomniane i na tyle peryferyjne, że bywamy tam rzadko, lub nie byliśmy nigdy. 
     Zamknięta ulicami Chemiczną (Bauschulstrasse) Rozbrat (Bockstrasse) Łukasza Górnickiego (Brigittentalstrasse) i Henryka Sienkiewicza ( Sternstrasse) ukryła się pierzeja która od 1902 r. do 1945 r. upamiętniała nazwisko jednego z wrocławskich naukowców Heinricha Fiedlera. 



     Herr Heinrich urodził się 10 lutego 1833 r. w miejscowości Reisse. W wieku 21 lat ukończył studia na Uniwersytecie w Breslau, stając się absolwentem historii naturalnej i matematyki. Wszystko wskazuje na to, że był studentem niezłym, skoro rok po zakończeniu edukacji w 1855 r. został kustoszem zbiorów mineralogicznych swojej Alma Mater. Stał się on także autorem pierwszej monografii o minerałach Dolnego Śląska. Miał już wtedy tytuł doktora a w między czasie pracował jako nauczyciel w Wyższej Szkole Realnej zwanej potocznie od nazwiska nadburmistrza Breslau Georga Bendera - Benderschule. Szkoła znajdowała się przy dzisiejszej ulicy Bolesława Prusa (Lehmstrasse) 1-3 i na chwilę przed zagładą można było się do niej dodzwonić wybierając numer 43388. 


     Dr Fiedler nie mógł być świadkiem zagłady miasta i jego szkoły, zmarł 22 stycznia 1899 mając 66 lat. Prawdziwie zimowa postać w pełnych przemian mieście. Szczęśliwie dla niego a właściwie pamięci jego nazwiska już 3 lata po śmierci odnalazł się na kolejne 43 lata w nazwie jednej z najładniejszych wrocławskich ulic  Fiedlerstrasse - dziś ul Ukryta.




     Swym czarem przypominała postać zasłużonego dla Breslau naukowca dając przy tym komfortowe jak na owe czasy możliwości życia. 
     O charakterze ulicy świadczy jej założenie.Wysokie dobrze oświetlone mieszkania  osadzone były w bardzo eleganckich kamienicach. Właściwie każda z nich jest na swój sposób piękna  i wyjątkowa. Bogactwo detali dotyczy nie tylko fasady, ale i wnętrza klatek schodowych. Rzeźbione balustrady, mozaiki, świetliki i inne charakterystyczne elementy zabudowy śródmiejskiej przybrały tam bardzo wyszukaną i niezwykle ozdobną formę. 



     Nieco na uboczu, dostatecznie blisko do pobliskiego parku była świetnym miejscem dla bankierów jak Anton Blaschke spod 7, inżynierów jak Wilhelm Equart spod 14, prokuratora Karla Mari Fischera spod 7, wielu urzędników pocztowych wyższego szczebla jak np. Max Schliwa spod 13 oraz szeregu aptekarzy jak choćby Hedwig Pfeifer spod 3 


     Przed 1945 działały przy  Fiedlerstrasse sklepy, apteki i inne punkty usługowe. Obecnie nie został po nich ślad, panuje na niej spokój i doskonały ład jak śpiewała Bielizna. 

wtorek, 17 grudnia 2013

Dwudziesta piąta część wrocławskiej opowieści


 część dwudziesta piąta

- Paul, nie sprawdzisz co to za karteczka?
- Zupełnie o niej zapomniałem, poczekaj już tylko niech ją znajdę. Włożył szeroką dłoń do wewnętrznej kieszeni, twarda rękojeść noża bosmańskiego przypomniała o swojej obecności. Wśród szpargałów tak potrzebnych do otwierania niepokornych drzwi wejściowych mieszkań wysokich funkcjonariuszy SS schowało się w rogu małe zawiniątko. - Mam. Powiedział z nieskrywanym zadowoleniem.
     Rzeźnik z Cosel nie znosił czekać długo, na nic, nie tolerował także bałaganu nawet we własnej kurtce. Precyzja i wręcz pedantyczna dokładność wiele razy pomogły mu doskonale realizować postawione cele. Zadania jakie sam wymyślał dla siebie i swoich wiernych towarzyszy. Nikt lepiej nie zacierał śladów, nikt lepiej nie przygotowywał mylnych tropów. Karteczka o którą dopominał się Lowe była na razie dla Paula nic nie znaczącym drobiazgiem, drobnym prezentem z krainy liliputów. Uśmiechając się szeroko, zupełnie tak jak gdyby czytał opowiastkę na ostatniej stronie gazety zaczął rozwijać miniaturową kopertę. Rozchylił zawartość i odczytał jej treść. Na małym pożółkłym pergaminie drobnym drukiem napisane było zadzwoń piętnaście po jedenastej wieczorem
- Stary, do jasnej cholery, nic nie rozumiem, ale powoli przestaje mnie to bawić. Ktoś droczy się z nami. A może, wiesz... może nie my mieliśmy znaleźć tą dziwną wiadomość. Jest tylko napisane zadzwoń i podana godzina za piętnaście dwunasta. Rozumiesz coś z tego? Gdzie ktoś miał zadzwonić
- Sympatyczny
- Co ty bredzisz Lowe ?
- Atrament Paul. Na bank, numer zapisali sokiem z cytryny. Żeby go odczytać liścik przestanie istnieć, nie głupio, muszę przyznać. Uśmiechnął się przy tym szelmowsko. Stachowsky spojrzał na zegarek i energicznie pchnął kompana do bramy.
- Mamy mało czasu jeśli chcemy się dowiedzieć kto jest po drugiej stronie i co ma do przekazania musimy się śpieszyć, moja stara cebula wskazuje, że do wyznaczonej godziny został kwadrans. Zresztą nie mamy pewności czy to chodzi o dzisiejszy dzień
- Na bank powiedział Lowe. Koperta była sucha, czyli ktoś ją zostawił albo zgubił ją przed chwilą. Cały dzień lało w Cosel.
     Wciąż ubrani, w obłoconych butach rzucili się do telefonu...
     Dzdzyńńńń, dzdzyńńńń Telefon wyrwał go z lektury kolejnego dziennika. Myśli jak posłańcy z innej krainy dobijały się o jego uwagę. odebrać? może to zbyt niebezpieczne? kryjówka w tajnym mieszkaniu profesora wydawała się bezpieczna, lecz teraz kiedy ujawni swoją obecność będzie spalona. A może dzwoni ktoś z bractwa, możne pozna sekretne szczegóły i w końcu uda mu się do nich zbliżyć? Telefon wciąż dzwonił rozrywając ciszę na strzępy
     - halo? powiedział niezbyt pewnie
     - dobry wieczór odezwał się głos
     - dobry wieczór odpowiedział
     - czy dodzwoniłem się do Karla?
     - nie to pomyłka, to mieszkanie prywatne w którym nie mieszka Karl, odpowiedział zdecydowany podjąć grę z nieznajomym którego głos dziwnie był mu bliski - a kto przy telefonie?
     - Schubi odpowiedział głos
Nie miał wątpliwości z kim rozmawia, pamięć do głosów i twarzy zawsze go wyróżniała, nie raz myślał że gdyby nie robił tego co robi byłby świetnym policjantem
     - ach tak, powiedział - myślałem że tylko ludzie o imieniu Paul mają tak niskie głosy i okropne wąsy którymi łaskotają młode tancerki. Odpowiedział uśmiechając się przy tym.
Zapanowała cisza. Paul stał osłupiały
     - co jest? zapytał Lowe
     - eee, to znaczy normalnie mnie zatkało...
     - halo proszę pana, głos w słuchawce wybrzmiewał metalicznym echem
     - tak? odezwał się po chwili Paul
     - za godzinę pod lwami na placu królewskim, tylko bądź sam
     - w porządku, za godzinę odpowiedział Stachowsky

czwartek, 28 listopada 2013

Dwudziesta czwarta część wrocławskiej opowieści

   


 dwudziesta czwarta część

     Lektura dziennika okazała się bardziej pasjonująca niż mógł to wcześniej przypuszczać. Kolejne strony w magiczny sposób przeniosły go do wioski wojowniczego plemienia rdzennych mieszkańców Czarnego Lądu, wprost nad brzeg rozległego Jeziora Wikoria. Wioska składająca się z kilku chat posiadała pewną tajemnicę skrzętnie skrywaną przed białymi. Wojownicy w zasadzie niczym nie różnili się od innych znanych mu podobnych pierwotnych bojowników, natomiast szaman - postać bardzo tajemnicza,  zarówno w obyciu jak i gestach wykazywał dalece idącą ostrożność. Praca badawcza niemieckich i angielskich naukowców postępowała powoli i trzeba było niemałego sprytu, żeby wkraść się w łaski plemienia którego niekwestionowanym władcą był niski, muskularny Nymubtu.
     Szczególną uwagę skupiały marginesy dziennika, które były zapisane późniejszymi spostrzeżeniami naukowca, najpewniej dopisanymi nieco później. Rzucały nowe światło na wydarzenia sprzed dwudziestu czterech lat. Bogate opisy praktyk szamańskich, odręczne rysunki, oraz zapisy fonetyczne zaklęć i rozkazów miały z pewnością posłużyć w przyszłości głębszej analizie. Nie wykluczone, że analiza ta już została zrobiona, a sam naukowiec odkrył plemienny sekret.
     Wstał powoli z fotela, wciąż słysząc nawoływania i głębokie dudnienie afrykańskich bębnów, rozejrzał się po mieszkaniu. Z gabinetem sąsiadował niewielki korytarz, po drugiej stronie którego była sypialnia i kuchnia. Poczuł nagle nieprzyjemną suchość w ustach i głód który coraz mocniej dawał o sobie znać. Zagotował wodę jednocześnie szukając herbaty i czegoś do jedzenia. Zamiast tego odkrył przedziwną kolekcję malutkich figurek wyrzeźbionych w kości słoniowej. Postanowił przyjrzeć się im później. Teraz ważniejszy był żołądek który zaczął naśladować króla afrykańskiej sawanny wydając pomruki i głośniejsze burczenia upominając się o cokolwiek.
     Czas szybko mijał, dopiero teraz zorientował się jak bardzo zatracił się w lekturze. Nigdzie się nie śpieszył i miał dziwne wrażenie, że tajne mieszkanie przewodnika - jak zaczął określać starego naukowca było bezpieczne.
     Podszedł do okna, ostrożnie rozchylając zasłony zerkał ukradkiem na pustą ulicę. Głęboka spokojna noc zatopiona w idealnej ciszy  potwierdziły tylko przeczucia. Wiedział że ma bardzo dużo czasu, na to by móc bez przeszkód wkraść się w życie człowieka o którym nic nie wiedział a który fascynował go coraz bardziej.

"Jezioro Wiktoria 28.11.1920r
w ekstatycznym uniesieniu szaman wydobył z przytroczonego do pasa woreczka jakieś nieznane zioła. Energicznym rzutem cisnął garść w ognisko. Zapanowała trudna do opisania cisza, trwała może minutę, po czym rozpoczął się dziwny obłąkany taniec mistrza ceremonii. Wtórowali mu wojownicy wybijając szybki pełen dzikich dźwięków rytm. W kulminacyjnym momencie szaman wlepił matowy wzrok w nas, krzyknął coś niezrozumiale i ni stąd ni zowąd wydobył miniaturowe czaszki ludzkie. Uniósł je ku górze i bardzo delikatnie położył przed sobą na ziemi. Rozpoczęło się jak gdyby wyliczanie. Wskazując to na siebie to na wojowników starał się do czegoś przekonać.  "

     Obrzędy, magiczne znaki, wyobrażenia zwierząt, oraz określone rytuały zajmowały w obserwacjach bardzo wiele miejsca. Czas spędzony w Afryce podzielony najwyraźniej był pomiędzy pracę antropologiczną i etnograficzną. Przeczytał jeszcze raz ostatnią stronę, i jeszcze raz i jeszcze raz
- Chwilę... powiedział sam do siebie. - Czyżby miało to oznaczać...? Tak! nie mogę się mylić. Nagłe olśnienie spłynęło na niego jak fala łaskawości. Synapsy poznania połączyły się w odpowiednim czasie, lepiąc z gliny myśl przewodnią, jutrzenkę i przebudzenie. Teraz wiedział już czego szukać, znał kod, tajny szyfr dostępu.
- Pewne dlatego kazał mi tu przyjść, pomyślał. Wyciągnął czystą kartkę papieru i pióro, które miało mu odtąd towarzyszyć przez wiele dni.
     Tym czasem w odległym Cosel grupa kilku mężczyzn wracała z nocnego wypadu. Był wśród nich człowiek o obfitym wąsie i spojrzeniu nie znającym litości dla wrogów. Tym razem łupem padło czterech czarnych gwardzistów. Już nigdy nie napiszą listu z pola bitwy, nigdy też nie powiedzą ani słowa. Od tej feralnej nocy ich życie przeniesie się do znanego w Breslau zakładu dla obłąkanych...
- Paul podejdź bliżej, powiedział ściszonym głosem jeden z nich
- Co jest?
- Nie jestem pewien, wygląda jak koperta, ale jakaś taka malutka, i właśnie tu?
- Pokaż, powiedział Paul. - Faktycznie mała ta koperta, może wypadła małemu listonoszowi, uśmiechnął się do siebie
Podniósł zawiniątko i schował do wewnętrznej kieszeni swojej czarnej skórzanej kurtki...

poniedziałek, 18 listopada 2013

Dwudziesta trzecia część wrocławskiej opowieści



część dwudziesta trzecia

... dobrze wiedział, że jedynym warunkiem zgubienia ewentualnego pościgu jest przeczekanie, najlepiej w najmniej oczywistym miejscu. Zasada że najciemniej jest pod latarnią wiele razy sprawdzała się w niebezpiecznych okolicznościach. Wybrał najbliższą bramę. Drzwi były otwarte, a nocny stróż najprawdopodobniej spał w najlepsze. Pierwsze piętro i nić drewnianych schodów, drugie piętro i lakierowana balustrada. Stał nieruchomo starając się cicho oddychać, jednak wspomnienie niedawnych przeżyć powodowały szybkie i głośne kołatanie serca.
- spokój! powiedział ściszonym głosem. Był w podobnych opresjach nie jeden raz, jednak nigdy aż tak mocno ich nie przeżywał, być może jest to zapowiedz czegoś więcej? pomyślał
Dyskretnie zerkał na ulicę jednocześnie nasłuchując czy nieproszeni goście nie zamierzają złożyć mu niespodziewanej wizyty. Ulica wydawała się być pusta, uśpiona w nocnym letargu po całodniowej harówce.
- czyżby nikt nie usłyszał strzału? żadne okno nie zapaliło się elektrycznym stuwatowym światłem, pomyślał, - żadnego patrolu, podniesionych głosów, wzywania pomocy?
Czujność i doświadczenie podpowiadały mu żeby tym bardziej wzmóc ostrożność. Dyskretnie raz jeszcze zerknął przez szerokie okno obszernego wspólnego korytarza. Nikogo nie było, nikt nie chciał go zaaresztować, zadenuncjować a tym bardziej zabić.
Powoli zszedł nasłuchując każdego szmeru. Przez otwarte drzwi wdarło się mroźne jesienne powietrze. Ożywczy wiatr owiał głowę, pomagając myślom uporządkować kolejność wystąpień. Poprawił płaszcz, zupełnie tak, jak gdyby osmolona dziura była tylko śladem przypalonego żelazka, nasunął na czoło kapelusz i wyszedł, nie zwracając tym razem uwagi na nikogo. Zupełnie normalnie wyglądający przechodzień z dziurą w płaszczu. Kluczył ulicami nieznanej części miasta, przechodził place i skwery, aż dotarł do rozwidlenia dróg, gdzie po prawej stronie rysował się gmach koszar wojskowych. Nadmierne ryzyko mogło kosztować go życie, więc bez zbędnych rozważań obrał odwrotny kierunek, tym razem przechodząc w pobliżu okazałego gmachu jakiegoś urzędu. Po godzinnym marszu, stanął w końcu i kryjąc swój cień za rozłożystym drzewem wyciągnął zawiniątko w którym ukryte były klucze wyciągnięte ze skrytki. Na dołączonej do nich karteczce drobnym drukiem zapisany był adres
- wiem gdzie to jest, byłem tam nie raz, pomyślał...
Nic nie mogło go zatrzymać, nawet patrol z dziwnie znajomymi żołnierzami nie był wystarczającą zaporą. Ściskając rękojeść rewolweru, modlił się w duchu aby nie musiał go użyć. Po krótkiej rutynowej rozmowie na odczepnego okazał im dokumenty i lakonicznie bez specjalnego zaangażowania  rzucił,  że śpieszy się do ukochanej.
Młody oficer w przypływie solidarności zdobywców niewieścich serc, życzył mu powodzenia, obdarzając swojego rozmówcę dwuznacznym uśmiechem. Prosty wykręt przypomniał mu spotkania i spacery po nadodrzańskich uroczych ścieżynkach. Pełne rosy, oczekiwania i brzęczących owadów, długie rozmowy. Nić porozumienia coraz silniej wiążąca dwoje nieznanych ludzi w środku obcego miasta. Ufał, że i tym razem uda się odbudować więź tak kruchą i ulotną. Od ostatniego spotkania minęło wiele czasu, zbyt wiele, pomyślał. Jednak wojna, w tak szczególnym dla niego momencie pochłaniała każdy promyk słońca, wcześniej zarezerwowany tylko dla niej, każdy głęboki oddech i ulotne spojrzenie. Być może jutro, być może za tydzień, odszuka ją i wszystko wyjaśni. Z tą myślą pełen nadziei ruszył dalej. Do Zimmer Strasse został jeszcze spory kawałek do przejścia. Miał nadzieję, że ten adres okaże się bezpieczny. Po przekroczeniu ruchliwej Strasse der SA skręcił w Sadowa Strasse. Stąd zaledwie trzy przecznice dzieliły go od celu podróży. Zimmer Strasse była zupełnie pusta, nieopodal siedziby Horusa wszedł do bramy oznaczonej numerem 21. Wspaniały okazały korytarz, bogato zdobiony był tylko przedsmakiem właściwej klatki schodowej. Ornamenty pod sufitem przykuły jego wzrok na dłużej. Bogactwo formy i dbałość o najdrobniejsze szczegóły nadawały tej kamienicy niezwykły czar. Wdrapał się na drugie piętro, klucz idealnie pasował do zamka, masywne drewniane drzwi uchyliły się lekko ukazując zaskakujący, wspaniały widok. Drugie, tajne mieszkanie jeszcze bardziej wskazywało na zainteresowania swojego właściciela. Pewny że nic nieoczekiwanego go tu nie spotka zapalił światło w korytarzu. Pierwszym przedmiotem jaki zauważył była oprawiona w cielęcą skórę książka. Otworzył, powąchał kartki, pachniały orientalnymi kadzidłami i bezkresnym stepem. Na pierwszej stronie napis przykuł jego uwagę. "Jezioro Wiktoria 30.09.1920r." Poczuł nagle jak dotąd spokojny oddech stał się szybszy, puls głośniej wystukiwał rytm a ciekawość lektury odwróciła uwagę od czegokolwiek. Lewą ręką zaryglował otwarte dotąd drzwi i przeczytał pierwszą linijkę:
"Miejscowe plemiona wydają się być niezwykle groźne, z trudem przyjdzie nam badać cechy morfologiczne, nie tracę nadziei. Być może jutrzejsza wyprawa do miejscowego kacyka przyniesie nowy bieg naszych spraw..." Pierwszym przedmiotem w tajemniczym mieszkaniu był pamiętnik właściciela, zapalił papierosa i usiadł w fotelu. Lektura była niezwykle pasjonująca, dawała również nowy nieznany obraz starego przewodnika, nie myślał teraz o tym. Afryka wzywał głosem tam tamów i obrzędowymi tańcami czarowników...

wtorek, 5 listopada 2013

Dwudziesta druga część wrocławskiej opowieści



    część dwudziesta druga

     Pustą ulicę otaczały kamienice, które będąc niemymi świadkami wydarzeń wydawały się odwracać wzrok od tego co się stało przed chwilą. 
     Oparty jedną ręką o laskę a drugą o czerwony gmach wieży stał starszy człowiek. Nienaturalnie usztywnione ciało pochylone było nieznacznie do przodu z kącika ust płynęła cienka strużka śliny a z przymkniętych oczu przeciskała się łza. 
     Dopadł starca tak szybko jak tylko mógł.
- już biegnę do szpitala, może nie jest jeszcze za późno! powiedział zdenerwowanym głosem, nie pytając i wykazując zdziwienia.
- widzę że miejski telegraf działa bez zarzutu powiedział starszy człowiek siląc się na uśmiech. Nie trudź się, nie ma już odwrotu, to wyjątkowa trucizna. Zostań przy mnie, proszę,
- co to było? 
- jad. Jad węża spotykanego tylko na Nowej Gwinei, miejscowi lekarze nie znają na niego surowicy, zostań proszę... powiedział urywanymi strzępami słów - muszę ci coś powiedzieć. Nachyl się bliżej czuję że trucizna zaczyna paraliżować mi język, coraz trudniej słowa przybierają zrozumiały kształt. 
     Pochylił się nad starszym człowiekiem jednocześnie rzucając spojrzenia w kierunku szpitala, wypatrując czyjejś pomocy.
Schwerin Strasse 25 mieszkania 5 zapamiętaj ten adres, to jest moje mieszkanie tam pod biurkiem w podłodze mojego gabinetu znajdziesz skrytkę w której schowane są klucze do drugiego mieszkania, adres zapisany jest na kartce...złapał ciężko powietrze i spojrzał w górę jak gdyby zawołany przez kogoś chciał odpowiedzieć. - nie mam dużo czasu, dodał po chwili, złóż w moim imieniu w kościele Macieja ofiarę, ja już się pogodziłem, wyznałem wszystko Temu który i tak wszystko wie, idź i uważaj na siebie! mówiąc ostatnie słowo zamkną oczy i wypuścił z ręki hebanową laseczkę. Ciało bezwładnie osunęło się na chodnik.
     Natychmiast wziął starca w ramiona, uniósł go z niemałym trudem i po chwili przekroczył próg szpitala. 
-Szybko! on kona 
     Dyżurujący lekarz nie krył zdziwienia widząc dwóch Niemców w swoim szpitalu. Natychmiast kazał położyć mężczyznę na łóżku i przystąpił do badania
- A teraz proszę już wyjść i poczekać na korytarzu, powiedział pan już wszystko, zobaczymy czy nie jest za późno
     Wyszedł wolnym krokiem, zdał sobie sprawę że dręczące go przeczucie które odczuwał wraz z  mroźnym powietrzem świdrującym jego nos właśnie uleciało. Oczekiwanie na nowinę właśnie się zakończyło, poczuł ulgę jednocześnie nie będąc pewnym dlaczego. Właśnie na jego rękach  umierał człowiek. Powinien czuć przygnębienie i niepokój. Od kiedy pamiętał zawsze będąc świadkiem śmierci człowieka apatyczność i przygnębienie nie opuszczały go przez dłuższy czas
- zaraz będzie tu gestapo, pomyślał, nie mam czasu do stracenia, i tak nic nie mogę już zrobić.
     Schwerin Strasse znajdowała się niedaleko dlatego natychmiast postanowił odwiedzić mieszkanie swojego przewodnika po okrutnym świecie wyznawców zła. 
     Zachowując wszelkie środki ostrożności przekroczył próg kamienicy. Obszerna klatka schodowa i bogato rzeźbione drzwi wskazywały na zamożność mieszkańców tej części miasta. Drewniane schody skrzypiały przy każdym kroku. 
     Ostrożnie otworzył drzwi mieszkania. Ciemność wnętrza i tajemniczość rycin wiszących na ścianach potęgowały zmysły które jak na życzenie wyostrzyły się do granic własnych możliwości. Porządek jaki panował w mieszkaniu staruszka był imponujący, każdy przedmiot wydawał się być ambasadorem jednego miejsca, nic nie zostało postawione przez właściciela bez znaczenia, maski i totemy wiszące na ścianie również tworzyły misternie zaprojektowaną całość. Dębowe ciemne meble bogato inkrustowane prezentowały się niezwykle okazale. Z pośród wszystkich pomieszczeń tego dużego mieszkania tylko jedna para drzwi była zamknięta. 
     Pod mocnym uściskiem dłoni klamka poddała się ukazując przestronne wnętrze gabinetu starszego człowieka. Wszedł do środka, zapalił lampkę stojącą na  biurku. Barwny abażur malowany w egzotyczne wzory rzucił nieco zniekształcone światło.  
     Tuż przy fotelu stała oparta o zgłówek laska ze srebrną rękojeścią w kształcie węża. Stuknął kilka razy w podłogę tuż pod biurkiem, dokładnie tam gdzie zazwyczaj spoczywają stopy. Precyzyjnie,  w miejscu wyznaczonym przez właściciela mieszkania klepki drewnianej podłogo zadudniły głucho.
     Skrytka była niewielka, na tyle jednak duża aby bez problemu ukryć klucz i kilka dokumentów, które skwapliwie schował za pazuchę swojego płaszcza. 
     Stanął jeszcze na chwilę, przeciągłym spojrzeniem starał się zapamiętać panoramę pokoju. Po chwili był już na schodach, tym razem klatka schodowa była dokładnie oświetlona, a na schodach naprzeciw drzwi  mieszkania numer 5 stał wysoki mężczyzna z uśmiechem który nie zapowiadał nic dobrego...
     Odruchowo chwycił mocno rękojeść rewolweru który trzymał w kieszeni płaszcza i jak gdyby nigdy nic zamknął drzwi mieszkania
-dobry wieczór! powiedział nad wyraz uprzejmie czym przyprawił mężczyznę w osłupienie
- dobry albo nie dobry, zobaczymy, powiedział mężczyzna dodając że wieczór dopiero się zaczął i właśnie z nim chciał go spędzić w jakimś ustronnym miejscu
- bardzo pana przepraszam ale bardzo się śpieszę, rzucił na odczepnego 
     Po chwili mężczyzna był już przy nim przyciskając go do ściany. Nóż zaiskrzył stalowym ostrzem tuż nad jego uchem. 
- idziemy! powiedział 
     W tym samym momencie klatkę schodową rozerwał huk wystrzału, ciało osunęło się wolno a na twarzy rysował się grymas bólu. Zbiegający po schodach mężczyzna dopadł drzwi wyjściowych, spojrzał w kierunku Hohenzollern Strasse i szybkim krokiem udał się w kierunku Augustastrasse...

sobota, 26 października 2013

Dwudziesta pierwsza część wrocławskiej opowieści

     

część dwudziesta pierwsza

     Gdyby nie niepokój ogarniający go wciąż coraz mocniej, spacer pustą ulicą mógł być bardzo przyjemny. Stłumione odgłosy miasta, stukot pociągów przejeżdżających przez pobliski Freiburger Bahnhof uzupełniały miarowy krok. Ulica na końcu której majaczyła sylwetka ceglano-czerwonej szkoły ludowej o mały włos przed laty nie zmieniła się nie do poznania. Szeroko zakrojone plany budowy w tym miejscu drapaczy chmur nadały by jej iście nowojorski sznyt. Tym czasem niepozorna robotnicza pierzeja wydawał się zapraszać do swojej głębi. Niedostępne podwórka zionęły chłodem a ogromna pętla tramwaju towarowego imponująco stawiała kropkę na i przemysłowej części miasta. Tuż za skrzyżowaniem wyłoniła się bryła okazałej świątyni St. Trinitatiskirche i mury szpitalne.
     Spokój nocnego uśpienia przerywały od czasu do czasu głośne rozmowy sanitariuszy i nadjeżdżających ambulansów. Szedł pchany jakąś siłą, nie do końca przekonany o słuszności obranego kierunku. Właściwie oczy mu się już zamykały u Kisslinga, jednak nie zamówił taksówki, nie wsiadł do tramwaju. Wstał grzecznie się pożegnał i poszedł w kierunku dworca. Przez cały czas zadając sobie wciąż to samo pytanie – Po co? W normalnych warunkach, w innym mieście wtulał by się w poduszkę własnego łóżka, jednak tu nauczył się, że nie można ignorować intuicji, pozornie błahych rozmów i znaków które niespodziewanie wyznaczały kierunek. Był dla siebie gwiazdą polarną i kompasem, zresztą z zamglonego nieba Breslau i tak niewiele mógł odczytać.
     - Szybciej, została jeszcze chwila
Obrócił się w kierunku uchylonych drzwi kamienicy, stała tam kobieta tak samo tajemnicza jak to miasto. Królowa podziemi, jedna z bezimiennych
     - Na co chwila? Dobry wieczór i skąd pani się znalazła na tej pustej ulicy w środku nocy? Zapytał zupełnie spokojny. Obserwował bacznie kobietę i choć wiedział że ze strony jej podziemnych karykatur nic mu nie grozi bardzo ostrożnie zbliżył się do bramy.
     - Nie zadawaj tyle pytań, dobrze wiesz że zostały minuty… chodź prędko. No pośpiesz się ! krzyknęła w końcu
Na pierwszym piętrze po drugiej stronie ulicy zapaliła się lampka, ktoś zbudzony nocną rozmową postanowi sprawdzić co niepokoi tą zazwyczaj spokojną okolicę. Kremowe firanki wolno się przesunęły. W oknie stał mężczyzna w białym podkoszulku. Poprawił szelki i energicznie otworzył wolno okno.
     - Co tu się dzieje? Spać ! i zamknąć mordy!
Wrzasnął przez okno podrywając ze snu innych sąsiadów. Po chwili cicha ulica zaczęła szeleścić i zgrzytać kolejnymi wzburzonymi głosami.
     – Zamknąć ich! ktoś krzyknął, - Wynocha! Piszczącym głosem wtórował chuda rudowłosa brzydula z naprzeciwka.
Niesamowite jak szybko uśpiona Siebenhufener Strasse stała się gwarnym jarmarkiem. Wszyscy uczestnicy pyskówki bardzo zaspani wylewali żale o braku spokoju, konieczności wypoczynku i rozliczeniu chuliganów. Nie spodziewali się że w bramie oprócz kobiety i mężczyzny znajduje się ktoś jeszcze.
     Wyszedł wolnym krokiem, czarny kapelusz naciągnięty na głowie zasłaniał oczy, jednak płonąca się pochodnia oświetlała twarz ukazując ogromne ropiejące strupy. Takie same jakie nosił na dłoniach i z pewnością na pozostałych częściach ciała. Stanął na środku ulicy i wpatrując się w twarze mieszkańców którzy nagle ucichli powiedział wolno i dosadnie
     - nie, to ty wy moi kochani zamkniecie swoje nazistowskie mordy albo podpalę tę budę a każdego pragnącego wolności przytulę mocno do serca, ofiarowując mu odrobinę siebie
     Okna momentalnie się zamknęły, światła zgasły, cisza powróciła, wiatr zagwizdał z podziwem, człowiek zniknął w bramie i nikt nie był pewien czy to się wydarzyło.
Właz do kanału był otwarty, weszli ostrożnie. Wzrok powoli zaczął się przyzwyczajać do ciemności
     - szybko, mamy mało czasu… powiedziała kobieta
     - szukaj! wydała ostrą komendę i uwolniła karabińczyk skórzanej smyczy
     z krótkiego rzemienia, na czterech kończynach niczym łowny pies ruszył do przodu mężczyzna. Szalony wzrok oraz piana w kącikach ust nie pozostawiały złudzeń. Warcząc i szczekając zachrypniętym głosem ruszył do przodu, niemal od razu słychać było przeciągłe piski i wycie pełne triumfu. Po chwili w kanale zaczęli odnajdywać rozrzucone pod ścianami mokrego tunelu, zagryzione szczury. Niektóre młode inne wielkości średnich kotów-  potężne osobniki pamiętające wspaniałe uczty nad topielcami. Odraza i wzburzenie jakie malowało się na jego twarzy szukały wyjaśnienia ze strony przewodniczki po podziemnym mieście.
     - Co cię tak dziwi? zapytała zupełnie spokojnie nie tracąc tempa marszu. - W naszym świecie homo sapiens to tylko jeden z gatunków. Są tu ludzie-psy ludzie-koty ludzie-muchy, młodociane prostytutki zakażone wszelkim robactwem, zżerającym ich wnętrzności od środka. Kiedy poznasz ich bliżej przyzwyczaisz się.
     - poznam ich bliżej? nie mam zamiaru bratać się z tą drużyną. Odparł
     - obawiam się że przez jakichś czas będziesz do tego zmuszony, już wkrótce sam przyjdziesz szukać schronienia, kiedy miasto zacznie cię dusić a z każdego rogu zimna stal dotykać będzie twojej skroni, zresztą sam zobaczysz...
     Czyżby była to zapowiedz nowych okoliczności w których miał się znaleźć? Nie ignorował tego, podobnie jak nie lekceważył krótkiego rozkazu wejścia do podziemi. Szerokie sklepienie murowanego tunelu lepiło się od śmierdzącego śluzu. Buty grzęzły w mule naniesionym przez deszczówkę. Znalazł się w krwiobiegu Breslau bez którego miasto zatonęło by pod wezbranymi wodami Odry i wszystkich jej dopływów. Z pewnością gdyby nie misternie utkana sieć kanałów, śluz i przepustów, odrzańskich wysp w ogóle by nie było.
     - Dokąd idziemy? zapytał
     - Twojemu przewodnikowi zostały minuty, tylko z tobą może rozmawiać, może uda ci się wydobyć od staruszka pozostałe ekslibrisy.
     A więc nie chodziło o jego przyjaciela, czyżby coś zagrażało eleganckiemu staruszkowi z Sępolna? ta i inne myśli zaprzątały jego głowę. Nie spostrzegł nawet kiedy dotarli do miejsca w którym kanały się rozwidlały.
     - Dalej pójdziesz sam - właz jest otwarty. Tuż obok wieży ciśnień zrozumiesz cel swojej wędrówki, i pamiętaj - postaraj się, od tego wiele zależy. Do zobaczenia wkrótce... Powiedziała i skręciła w lewą odnogę miejskich kanałów. Słyszał jeszcze oddalające się kroki i ujadanie człowieka-psa. Nad głową stukotem i zgrzytaniem przejeżdżał tramwaj. Powoli cisza wypełniła kanał. Studzienka oddalona o dwadzieścia metrów faktycznie była otwarta. Wysunął powoli głowę i po chwili znalazł się na ulicy...

czwartek, 17 października 2013

Dwudziesta część wrocławskiej opowieści



część dwudziesta

     ... podczas gdy dwójka wiernych przyjaciół raczyła się własnym towarzystwem, pasjonującą rozmową i gęstym kożuchem piany bawarskiego przysmaku, w południowych dzielnicach Breslau na skrzyżowaniu Hohenzollern Strasse i Kirsch Allee kończyła się pewna epoka.
     Starszy mężczyzna oparty wciąż o hebanową laseczkę oddawał właśnie ducha pod opiekę Opatrzności i nie mógł być pewien dokąd zmierza. Jego życie - długie, pełne zakrętów i niespodziewanych zwrotów akcji z powodzeniem mogło być fabułą pasjonującej powieści, jednak teraz, nieopodal murów szpitalnych ulatywało. Bezszelestna śmierć zaglądała  łapczywie zza  wieży ciśnień, wyczekiwała na najlepszy moment aby ukazać swe oblicze, cierpliwie czekała na starego profesora aby chwycić go za ręce i pokazać wody styksu. Nikt nie mógł tego zatrzymać, nikt nie mógł wcisnąć hamulca bezpieczeństwa w pociągu do wieczności który właśnie odjeżdżał ze stacji Breslau Kirch Allee .
     Zostały minuty a może sekundy, w końcu zgodnie z pradawnym obyczajem każdy ma taki koniec na jaki sobie zasłużył w ciągu życia. Niemy film przetoczył się starcowi przed oczami. Romans ze złem wcielonym, nawrócenie, pokuta, słabości i triumfy, utkane w misterny kilim rozwieszone zostały na wysokich tyczkach Boskiego Królestwa.
     Sąd nad jego duszą i sprawiedliwy wyrok który miał zapaść nie był jeszcze przesądzony.Jad wstrzyknięty przed chwilą zaczynał paraliżować ciało. Pierwsze odmówiły posłuszeństwa kończyny, z pewnością za chwilę oddech stanie się coraz cięższy, co będzie następne? tylko jedno było pewne - mózg w którym mieszkają szaleństwa człowieka trucizna dopadnie na końcu. Czas który pozostał nie śpieszył się, specjalnie oddał trochę ze swojego bezkresu profesorowi na krótką rozmowę z samym sobą.
     Uczucie strachu i niemocy ogarnęło starca. - Teraz albo nigdy pomyślal, przebaczenie lub kara, Boże drogi -przepraszam wymamrotał ledwo słyszalnym głosem. Pot na skroniach, zimny wysłannik sumienia które po raz kolejny o sobie przypomniało był jednocześnie rosą na pomarszczonych, zwiędniętych liściach okazałego parkowego dębu. Życie powoli uchodziło, a on nie zastanawiał się nawet nad tym dlaczego, wiedział aż nadto. Złamał przysięgę, zdradził sekretny krąg. Ujawnił tajemnicę której był powiernikiem. Bez prawa łaski dla zdrajców przyjmował kolejne stopnie wtajemniczenia stając się częścią wielkiej tajemnicy. Sam ustanowił to prawo, wszystko albo nic.
     Imię jakie mu nadali bracia brzmiało Kappa i doskonale określało przywary jego fizyczności, zamiłowanie do morskich stworów i oddanie z jakim uczestniczył w misternych obrzędach swojego bractwa.
     To właśnie on odpowiadał za odnalezienie wiele lat temu medium w szpitalu dla obłąkanych przy Einbaum Strasse Pozycja zawodowa, oraz szacunek jakim darzyły go władze uczelni bez trudu umożliwiły na podjęcie prywatnej "terapii" młodej schizofreniczki, która oprócz typowego dla chorych rozdwojenia jaźni wskazywała zdolności profetyczne. Zauważył to natychmiast kiedy tylko młoda szczupła kobieta przekroczyła próg jego gabinetu. Doskonale pamiętał każdą z sekwencji zdarzeń...
- Proszę usiąść - zwrócił się do kobiety wskazując na sofę stojąco po prawej stronie biurka. Zerkając to na kartę choroby to na chorą nanosił ostatnie poprawki w swoich podręcznych notatkach.
- Nazywa się pani Amelie Rosenweg - popatrzył dokładniej w kierunku kobiety. Dopiero teraz ujrzał jej oczy. Pełne czaru jaki mają tylko dzikie nieodgadnione zwierzęta. Wydawały się tworzyć z drobnymi kośćmi policzkowymi i trójkątnym podbródkiem doskonałą całość. Była ładna jak na Niemkę, nawet bardzo ładna. Od kiedy pamiętał uwielbiał spędzać czas w towarzystwie właśnie takich młodych panienek, których doświadczenie życiowe zamykało się na ukończeniu szkoły, zamiłowaniu do jazdy konnej i grze na pianinie ustawionym w centralnym punkcie pokoju gościnnego  rodziców.
     Wmawiał sobie, że uległość tych kruchych istot wynika z jego wysublimowanego poczucia estetyki, nienagannych manier, oraz intelektu którym wręcz porażał swoje rozmówczynie. Rzeczywistość była zgoła inna, żadna z panienek nawet przez chwilę nie pomyślała o nim  z szacunkiem i uznaniem. Znosiły jego nachalny, arogancki styl bycia ze względu na strach o siebie i swoich bliskich. Z reguły bywało tak, że spotkania nie były dziełem przypadku, a sam profesor dobierał sobie kobiety według ściśle określonego klucza. Amelie była inna, równie atrakcyjna jak jej poprzedniczki, jednak w przeciwieństwie do nich ona nie bała się starego lekarza. Wręcz przeciwnie od pierwszego momentu dominowała nad nim pod każdym względem. Tuż po rozpoczęciu wstępnego wywiadu coś zaniepokoiło profesora.
     Ściany gabinetu zdawały się przesuwać, pomieszczenie z sekundy na sekundę było coraz mniejsze. Przedmioty zachowując swój naturalny kształt stawały się coraz mniejsze zmieniając jedynie formę.
- Stop! krzyknął profesor
- Czy coś nie tak? zapytała miękko dziewczyna rozrzucając płatki róż wokól własnej osoby.
- Co robisz?! Przestań w tej chwili - krzyknął wzburzony
     Podniesiony głos szefa kliniki psychiatrii był słyszalny na korytarzu dostatecznie wyraźnie. Sskutecznie wzbudził zainteresowanie pielęgniarki oddziałowej która nie bacząc na być może krępującą sytuację postanowiła interweniować natychmiast. Otworzyła energicznie drzwi i równie zdecydowanie wkroczyła do owalnego gabinetu.
     Obraz jaki ujrzała w równym stopniu wprawił ją w osłupienie co narastające zmieszanie
- Przepraszam profesorze, słyszałam pański podniesiony głos... widzę jednak że moje najście było zbyteczne.
     Pielęgniarka ujrzała nienaruszony gabinet z sękatym biurkiem pod oknem, ciężkimi masywnymi szafami na książki i sofą stojącą pod ścianą na której lekko oparta siedziała  pacjentka. Podłoga i okna  były jak zawsze w doskonałym porządku, na ścianach równo jeden obok drugiego wisiały dyplomy i wyrazy uznania dla lekarza, jedynie stary profesor w pokrętnej figurze z przedziwnym grymasem na twarzy siedział przy swoim biurku i wydawał się być czymś  mocno  przejęty...
     Siebenhufener Strasse spowita delikatnymi promieniami lamp ulicznych zanurzona był w śnie. Dawno już wszyscy przechodnie udali się do swoich domów na spoczynek.
     Po pożegnaniu się z Paulem szedł pustą ulicą. Brak towarzystwa zabawnego kompana i nie tak dawnej rozmowy odmienił nastrój i bieg myśli. Nie mógł  oprzeć się wrażeniu, że niepokój który teraz nim zawładnął ma związek z kimś bliskim. Być może ten w którego imieniu modlił się w Oswitz potrzebuje pomocy? Nagły strach o przyjaciela zawładnął nim jeszcze bardziej. Może nie chodzi o niego? pomyślał
     Nie wiedział, że zaledwie kilka przecznic dalej ze Światem żegnał się człowiek będący jedyną przepustką do tajemniczej krainy opanowanej przez czcicieli demona. Nie wiedział również, że to sekrety ekslibrisów ujawnione podczas dwóch spotkań stały się przyczyną końca...

Jak myślicie dlaczego akurat w tym miejscu profesora spotkała kostucha?

środa, 9 października 2013

Dziewiętnasta część wrocławskiej opowieści



część dziewiętnasta

     ...  Po powrocie z autostrady sunęli ulicami miasta powoli kładącego się spać. Strasse der SA zrobiła na nim ogromne wrażenie. Bogactwo detali na kamienicach ciągnących się wzdłuż szerokiej alei co chwilę przykuwało uwagę, wytężał wzrok aby dostrzec drobne balkoniki i misternie rzeźbione figurki ozdabiające dawną Kaiser Wilhelmstrasse.  Tuż obok pomnika Moltkego dostrzegł znajomego taksówkarza który starał się usunąć usterkę swojego samochodu, wyraźnie poirytowany unieruchomieniem pojazdu gestykulował i krzyczał na silnik który odmówił mu posłuszeństwa, jak gdyby groźbami chciał go zmusić do dalszej pracy. 
     - wspaniała okolica, powiedział - muszą tu mieszkać bogaci ludzie
     - bogaci i szczęśliwi, odparł Paul - niech ich szlag ! pojechali by do biedoty zachodnich dzielnic, może przeszło by im to szczęście. Mogli by pomieszkać w oficynie bez światła z kiblem na dworze, wąchając smród niemytych ciał i jedząc parszywe pomyje które nie można nawet nazwać resztkami z pańskiego stołu. 
     Wiesz, chętnie dobrał bym się do tego ich bogactwa i oddał trochę Frau Muller której stary wciąż pijany śpi pod płotem Kipkego. Zapewniam cię, że ani jej szóstka dzieci, ani sąsiedzi nie pytali by się o pochodzenie pieniędzy. Znam setki takich rodzin, niestety teraz zamiast burzyć szczęśliwość bogaczy musimy rozprawić się z tymi narodowosocjalistycznymi łotrami. 
     - jeśli już o tym wspomniałeś, powiedz skąd ten pomysł żeby szlachtować SS-manów nożami rzeźniczymi ? zapytał
     - to stara lokalna tradycja, odpowiedział Paul. Może tylko troszkę udoskonalona. Uśmiechnął się przy tym z nieskrywanym zadowoleniem. Najwyraźniej Stachowsky był autorem zmiany tego swoistego miejscowego zwyczaju. - Teraz oprócz noży mamy także krótką broń, gęsto utkaną siatkę wywiadowców, którzy nie bacząc na niebezpieczeństwo zaglądają wszędzie gdzie tylko można, dodał. Wiesz coś mi przyszło do głowy powiedział, nagle zmieniając temat. - A niech to, raz można! powiedział  czym wprawił w osłupienie swojego pasażera. - Jedziemy do  Georga Conrada, napijemy się piwka i jeszcze trochę pogadamy, może spotkamy jakąś piękną damę szukającą towarzystwa dwóch atrakcyjnych dżentelmenów, masz chyba trochę czasu ? zapytał właściwie stwierdzając fakt wyraźnie sprawiając wrażenie, że nie interesuje go odmowa.
     - tak, oczywiście. Odpowiedział bez przekonania wyrwany z zamyślenia jakie nie opuszczało go od pewnego czasu. - Powiedziałeś Conrada Georga? Jedno z tych imion musi być chyba nazwiskiem?
     - Hahahaa dobre sobie, nie przyjacielu, oba są imionami. Nazwisko tego oberżysty to Kissling odparł rozbawiony Paul. O czym tak dumasz? zapytał zaczepnie Paul. Pewnie o tej ślicznotce z którą cię widziałem na Rosenthalerstrasse?
     - widzę Paul że przed tobą niczego nie można ukryć, odparł wyraźnie niezadowolony. Echh nie przestajesz mnie zaskakiwać. Myślę o człowieku z powodu którego znalazłem się w Oswitz. Mój stary druh znalazł się w kłopotach, nagle zachorował i od kliku dni nie wiem co się z nim dzieje.
     - przewieźi go do innego szpitala, to już trzeci jeśli dobrze liczę odpowiedział Stachowsky nie kryjąc zadowolenia z faktu posiadania tak obszernej wiedzy na temat swojego rozmówcy.
     ?! Zrobił minę jak by zobaczył ducha. - Skąd wiesz o kim mówię? Paul zadałem ci pytanie ?! powtórzył z irytacją
     - spokojnie mój drogi, przecież wiesz, że jestem twoim aniołem. Jak mogłem nie wiedzieć że chodzi o profesora, skoro tyle uwagi poświęcałeś mu przez ostatnie dni. Zresztą gdyby nie to moje stróżowanie to nasz znajomy pływak z Ransen zostawił by na twoim serduszku niewielką pamiątkę, czy nie było by tak? zapytał wyraźnie zadowolony. 
     - Śmiertelną pamiątkę, do której Święty Piotr idealnie dopasował by kluczyk, ten sam którym otwiera bramy niebiańskie. Odpowiedział zrezygnowany. - Po raz kolejny muszę ci podziękować, dodał.
     Jednego Paul nie mógł wiedzieć. Stara kobieta panująca nad podziemnym miastem nigdy nie opowiedziała by mu tego wszystkiego co wyjawiła właśnie jemu. Nie mógł też wiedzieć jakie myśli kłopoczą i frasują piękną buźkę pewnej młodej breslauerki. Kobiety która jak spełniająca się przepowiednia nadawała sens jego życiu i pchała do działania. 
       - do którego szpitala przewieźli profesora? zapytał wyraźnie zdenerwwany
     - nie wiem, mój człowiek nie nadążył za ambulansem, sierota wybrał się na zwiady rowerem, jednak jest już na tropie i nim wstanie świt, będziemy wiedzieć gdzie przewieźli twojego, jak go nazwałeś druha.
     Jechali wciąż szeroką aleją która przeszła w Schweidnitzer Strasse. Pomnik Tauentziena z olbrzymią bryłą domu handlowego AWAG wprowadziły ich w ścisłe centrum miasta. Przed okazałym hotelem Monopol skręcili w wąską drogę i po chwili mijając po lewej stronie rezydencję królów pruskich. Gdy skręcili w prawo Paul powiedział. 
     - tu zaparkujemy, Junkerstrasse jest niedaleko.
     Ulica jak przystało na jedną z najbogatszych w Breslau mieniła się tysiącem barw i bogactwem zdobień. Nie bez powodu właśnie tu najbogatsi mieszkańcy postanowili ulokować swoje posiadłości. Bliskość rynku i zamku z pewnością nobilitowała posiadaczy von  przed nazwiskiem w oczach gości którzy chętnie przybywali tu z głębi Niemiec.  
     - aż dech zapiera, pomyślał spoglądając na mijany za plecami pałac Wallenberg-Pachalych i stojące tuż obok kamienice, nie zwróciłem wcześniej na niego uwagi .
     - to miasto miewa naprawdę wspaniałe oblicze, powiedział głośno w kierunku Paula.
     - co mówiłeś? zagapiłem się na jedną miłą panią, odpowiedział uśmiechnięty kompan. 
     - nic szczególnego, chciałem powiedzieć, że nie dostrzegałem wcześniej piękna ukrytego w tych kamieniach. Odpowiedział. - Słuchaj Paul, dlaczego wybrałeś akurat tą knajpę, zapytał.
     - już ci mówiłem, idziemy na piwo, a nigdzie nie piłem tak dobrego bawarskiego złotego napoju. Poza tym jest jeszcze coś, lubię wspierać swoich. 
       - ? zdziwił się po raz kolejny, czym dał wyraz zmarszczonymi brwiami i cofniętym podbrudkiem
     - co ty takie dziwne miny dzisiaj robisz? Powiem ci teraz bo w środku mogą przesiadywać brunatne żołnierzyki. 
     - Georg - właściciel piwiarni, który jest wnukiem, czy prawnukiem. Podrapał się przy tym po brodzie próbując sobie przypomnieć które to już pokolenie Kisslingów rozlewa do kufli piwo w tym miejscu. - innego Conrada, ciągnął dalej, jest obecnie oficerem Wehrmahtu i jeśli się nie mylę, jego sympatia dla Hitlera jest, jak by to powiedzieć mało entuzjastyczna. Wcale bym się nie zdziwił gdyby w przyszłości nasz miłośnik drobnych bąbelków wywinął jakiś numer kochanemu Adolfowi.
     Nic z tego nie rozumiał, wiedział jednak że Stachowsky jako rodowity Breslauer zna każdy kąt tego jak się okazało pięknego miasta.
    

    


piątek, 4 października 2013

Osiemnasta część wrocławskiej opowieści



część osiemnasta  

 … zamknij się, powiedziałem raz i nie będę powtarzał – krzyknął do miałczącego miłośnika policji - po prostu nie mam w zwyczaju strzępić języka,  dodał już po cichu w kierunku przyjaciela, zrobił przy tym delikatny grymas który mógł uchodzić za ćwierć a może nawet pół uśmiech.
     – no jak tam brachu przedstawisz się nam? tym razem wściekły wzrok skupił się na twarzy pooranej nieregularnymi bruzdami.
      Paul już taki był, bezpardonowy i mocny jak młot kowalski wybijający z rozżarzonego metalu dowolne formy. On również potrafił nadawać nowe kształty obiektom do których wszyscy zdążyli się przyzwyczaić.
     Tym razem materia rzeźbiarza utrzymywała swoją konstrukcję od blisko czterdziestu lat. Nie licząc zmian na twarzy struktura fałszywego księdza wydawała się być w niezłej formie. Stachowsky przewyższał o głowę i wzrostem i siłą obu niedawnych rozmówców, zdawał sobie sprawę ze swojej przewagi więc podobnie jak to miał w zwyczaju i tym razem postanowił to wykorzystać
      - Jeśli nie chcesz się nam przedstawić, to może ja tymczasowo wymyślę dla ciebie imię. Podrapał się chwilę po głowie, zakręcił potężnym wąsem i z nie skrywaną radością orzekł, że nieznajomy od dziś będzie nosił imię Judasz przynajmniej dopóki nie przyzna się jak naprawdę ochrzcili go rodzice.   
     – Wiesz on też skończył na stryczku, dodał.
     W jednym momencie złapał duchownego za prawą nogę i podniósł do góry. Zaskoczenie i zdecydowanie rzeźnika nie dały więźniowi żadnych szans. Po chwili obie kończyny były związane mocnym sznurem, zaś sam bohater z niemałym zdziwieniem wisiał na drzewie pod którym przed chwilą stał. Gruby sznur sprawnie przeciągnięty przez konar starego dębu oplątywał niemiłosiernie mocnym węzłem drzewo.
       - Taaaak, pomyślmy....przeciągle powiedział Stachowsky, właśnie pomyślałem Judaszu, że aby nie tracić czasu już też rozpoczniemy naszą pogawędkę. No więc będzie tak jak w książkach dla młodziutkich adeptów szkoły policyjnej napisał pewien stary wąsacz
     – Imię i nazwisko, krzyknał wprost do ucha wisielca - miejsce urodzenia imię ojca, nazwisko panieńskie matki…
     Stachowsky kontynuował swój wyjątkowo głośny popis oratorski, podczas gdy pątnik zajął się siedzącym pod drzewem bauerem. Nie był dla niego tak zdecydowany jak Paul. Przykucnął jedynie i coś szeptał na ucho mimowolnemu świadkowi niespotykanych dotąd w Oswitz wydarzeń. Kiedy wstał miejscowy gospodarz również podniósł się ciężko i z głową spuszczoną ruszył w kierunku dwóch świętych, którzy szczęśliwie spoglądali w kierunku ulicy. Ich zakonne kamienne oczy nie widziały tego co stało się potem.
     Niedoszły skazaniec duchownego wymiaru sprawiedliwości wrócił do rozmówców, nie był specjalnie zdziwiony widokiem jaki w scenerii drogi krzyżowej ujrzał. Północny wiatr który wciąż przyglądał się zajściu postanowił nie uronić ani słowa, ani odrobiny z przesłuchania. Był protokolantem i ławnikiem w jednej osobie. Podział ról tego swoistego procesu został określony już wcześniej. Nikt nie miał wątpliwości kim był prokurator, brakowało jedynie obrońcy z urzędu, nie licząc Chrystusa który w swoim miłosierdziu z pewnością wybaczył by niegodziwość wisielcowi podobnie jak to uczynił dwóm szubrawcom na Golgocie.
      - Po co go puściłeś? zapytał od razu Paul, zaraz będziemy mieli na głowie żandarmów z pobliskiej jednostki. Rozłożył bezradnie ręce, szepcząc coś pod grubym nosem. Echhh westchnął i dał mocnego kopniaka wisielcowi. – Jeden uratowany, drugi pokrzywdzony, dodał. – Bach! krzyknął kopiąc po raz drugi szamoczącego się człowieka.
      - Nic nie powie…
      - Co mówiłeś przyjacielu ?
      - Powiedziałem że wieśniak nic nie powie, zaręczam ci że tajemnicę tego spotkania weźmie ze sobą do grobu
      - Jak to? Co mu wyszeptałeś? Dopytywał wyraźnie zdziwiony, unosząc to znów opuszczając potężne zakręcone wąsy
      - Nic takiego. Opowiedział i w tym samym momencie zwrócił się do wiszącego głową w dół, podciągnął sutannę która wciąż opadała mu na twarz, spokojnie lecz zdecydowanie zapytał.
      - Zadałem ci pytanie… dlaczego ja?
Wisielec spojrzał wymownie niebieskim, wręcz przezroczystym błękitem, zaglądając w najgłębszą szczelinę do wnętrza człowieka któremu udało się ujść z życiem. Dobrze wiedział, że nie ma w tym przypadku. Wiedział, choć nie chciał tego przyznać nawet przed sobą, że zmierzył się z najtrudniejszym przeciwnikiem któremu sprzyjała Opaczność. Podobnie jak podczas rozmowy z Pulem nic nie powiedział. Adwersarz nie dawał za wygraną, ponownie zrównał się z oprawcą
     - Słuchaj tak czy inaczej, tu czy tam twoje losy są już policzone, powiedz dlaczego ja? Nie mam żalu o to że musiałem zginąć, nieuchronność końca wpisana jest w narodziny. Wiemy to obaj,  ale dlaczego polujesz właśnie na mnie?
     - Wyjaśnię ci to kiedyś w Grüssau odparł wisielec – pod murami świątyni, dodał.
      - Nie może być ! Nasz truposz jednak nie stracił mowy ze strachu, szybko zrepetował Paul. Obawiam się mój miły, że nie będziesz miał czasu na kolejne spotkanie. Nooo chyba że jako duszek niesforny przylecisz i będziesz strącał talerze z kredensu. Hahahahaaa.
     Roześmiał się tak, że o mało nie stracił równowagi.
     – A teraz do rzeczy, jeśli nie jesteś rozmowny tu, zabieramy cię na wycieczkę. Powiedział to ostro momentalnie zmieniając nastrój. Wujek Paul zaprasza cię do siebie. Lwia grzywa mojego przyjaciela na pewno ci się spodoba.
      Zdjęli wisielca z drzewa, okazało się że zabójca zaparkował niedaleko od świątyni swój samochód. Było to dla nich jak prezent urodzinowy. Zapakowali lekko poturbowanego więźnia i ruszyli w kierunku Ransern.
      - Paul, gdzie jedziemy? zapytał
      - Musimy unikać rozgłosu, zaparkujemy dryndę niedaleko jazu i przejdziemy górą do lasu przy Cosel, stamtąd już niedaleko do naszej sali tanecznej. Zobaczysz, nasz nowy znajomy nauczy się stepować na węgielkach. Mam kilka stałych punktów programu, niezwykle widowiskowych, uwierz mi. Paul odwrócił się do związanego grubym sznurem pasażera i wymownie uśmiechnął się ukazując biel i pewne niedostatki w uzębieniu.
     – W lesie stacjonuje wojsko, co prawda jest już późno, jednak ostrożności nigdy nie za wiele. A prawda nie opowiedziałem ci o rudowłosej…
      Jechali przez las ciemność wieczoru rozświetlały smugi światła rzucane przez samochód, wilgoć unosząca się w powietrzu wyraźnie przypominała o nadejściu jesieni. Paul całą drogę opowiadał o zaletach nowopoznanej piękności. Była to aktorka Capitolu. Co widziała w tym grubiańskim rzeźniku, nie mógł odgadnąć, być może Stachowsky w obecności kobiet ukazywał swoją drugą, liryczną naturę...
     Podróż nie trwała długo, po drodze widzieli kontury jakiegoś pomnika. Kiedy dojechali w okolice śluzy szum wody był coraz mocniejszy. Narastał z każdym krokiem. Nasuwało to wspomnienia z wyprawy w głąb afrykańskiej dżungli i widok potężnego wodospadu który daje początek Nilowi, najdłuższej rzece czarnego lądu.
      - jesteśmy, powiedział Paul – a teraz szybciutko na górę i szoruj do przodu
     Jaz zrobił na nim wrażenie, nigdy wcześniej go nie widział, tym bardziej zwracał uwagę na każdy detal. Potężne bloki podtrzymujące kładkę na której teraz stali sprawiały wrażenie pradawnej warowni. Układ samej budowli skojarzył mu się z okrętem. Szukał w pamięci nazwy statku o podobnym kształcie mostku.
      - Szybciej krzyknął Paul, nie ma czasu na marudzenie. Słowa wyrzucił do więźnia który nieoczekiwanie wspiął się na barierkę i skoczył do wody. Spieniona Odra nieco zdziwiona z miłośnika kąpieli postanowiła się z nim zabawić. Brunatny kożuch spienionej wody przykrył głowę śmiałka. Dłuższą chwilę niczego nie było widać. Paul stał osłupiały z szeroko otwartymi oczami niedowierzając temu co się stało w ułamku sekundy
      - niech mnie kule biją – widziałeś to?
      - widziałem, odparł ale wydaje mi się, że próba ucieczki się nie powiodła. Nic prócz wirów, piany i mętnej wody nie widać. Poczekaj tu chwilę, zejdę na dól sprawdzić może jakimś cudem udało mu się dopłynąć do brzegu
      - z zawiązanymi rękami ? Nie żartuj,  chyba że nasz kawaler pracował w cyrku Bucha zaśmiał się ironicznie Paul. Jednak tak naprawdę nie do śmiechu mu było. Stracił okazję do poznania bardzo ważnych szczegółów dotyczących ludzi których szczerze nienawidził.
Minął kwadrans, stali teraz razem nad pieniącą się rzeką paląc papierosy. Chmury siwego dymu rozmywały się na tle ciemnego nieba. Cisza jaka panowała pomimo szumu toczącej się wody pozwoliła na pojawienie się długo oczekiwanej refleksji.
      - wiesz co, skoro i tak nic tu po nas, zapraszam na przejażdżkę, w końcu samochód czeka niedaleko. Pokażę ci coś po drugiej stronie miasta.
     Auto ruszyło z warkotem, pędzili teraz pustymi ulicami. po kwadransie znaleźli się na szerokiej, bogatej Strasse der SA. Okazało się że samochód ma podnoszony dach, wiatr przyjemnie owiewał im głowy. To był naprawdę ciepły, miły wieczór. Gdyby nie wydarzenia które znalazły swój epilog nie w pełni zgodny ze scenariuszem. Minęli zajezdnię tramwajową i po chwili byli na autostradzie.
     - autobahn nach Kattowitz, Paul uśmiechnął się życzliwie - spójrz na prawo
     To co zobaczył wprawiło go w osłupienie prosta a jednak swobodna forma, doskonale wpisująca się w pęd jaki towarzyszy szumiącym samochodom jadącym nie wiadomo gdzie
     - czy to nie jest jedna z możliwych dróg do  Grüssau? zapytał
     - w przeciwną stronę Przyjacielu, cała naprzód i jesteś na miejscu odparł Paul


Tym razem nie będzie pytania, wydaje mi się że propozycja konkursu się wyczerpała, chociaż aż mnie korci żeby zapytać jaki pomnik widzieli, dlaczego jaz przypomina okręt i co przykuło uwagę naszego bohatera

piątek, 27 września 2013

Siedemnasta część wrocławskiej opowieści



Część siedemnasta

     Po pożegnaniu się z Paulem, szlakiem pielgrzymim udał się w podróż która miała ocalić jego przyjaciela. Jakież było jego zaskoczenie kiedy zorientował się, że z pozoru oddalona, peryferyjna ulica tętni życiem. Żołnierze w towarzystwie pięknych pań siedzieli w ogródkach małych przydomowych knajpek, właściciele przybytków nad wyraz życzliwie spełniali wszystkie stawiane im wymagania podając złociste kufle z których bokiem uciekała świeża piana. Donosili przystawki i niezwykle przygotowane zakąski.
     Młody mężczyzna w nienagannie skrojonym garniturze zapraszał właśnie do stolika piękną brunetkę o zielonych oczach i tajemniczym spojrzeniu. Kobieta nieco powściągliwie zgodziła się przyjąć zaproszenie, szepcząc pod małym noskiem uwagi pełne powątpiewania. Nie zrażało to jednak adoratora, który wydawał się być zachwycony świetnie zapowiadającym się wieczorem.
     Stał przez chwilę przyglądając się temu ulicznemu rejwachowi, po chwili musiał przeciskać się pomiędzy wiwatującymi, kompletnie pijanymi żołdakami garnizonu Breslau, którzy najpewniej świętowali pierwsze godziny przepustki i krótkiej wolności, jaką daje wymarzony urlop.
Szedł teraz sam, po prawej stronie minął aptekę w przepięknej secesyjnej kamienicy. Miał już skręcić w ulicę Lipską, jednak jego uwagę przykuło nowe osiedle domków zbudowanych zgodnie z modernistyczną szkołą której piewcą i orędownikiem był min. Hainrich Lauterbach. Bardzo cenił sobie architektów lat 20-tych którzy również dekadę później starali się zachować czysty, nieskażony partyjnym motłochem  charakter własnej sztuki.
     Nie wiedział jak modernizm odnalazł w nim ciepły kąt i tyle uwagi. Być może proste formy i funkcjonalność układu przestrzennego, który u miłośników kątów prostych jak zwykł określać Richarda Konwiarza i jemu podobnych porządkowały tak niestabilną rzeczywistość dookoła, że właśnie to działało na niego kojąco i nastrajało pozytywnie. Spojrzał raz jeszcze na szare tynkowanie i ruszył w kierunku Wzgórza Kaplicznego o którym tyle słyszał.
     Pobliskie drzewa tworzyły wspaniałą grę światła i cieni, układały się w najrozmaitsze kształty, to znów podnosiły się nagłym podmuchem wiatru, igrając sobie i bawiąc się kosztem przechodzących ludzi. Cisza panująca wokół doskonale uzupełniała jego nastrój. Teraz myśli były bardziej słyszalne a kroki rytmicznie uzupełniały coraz szybszy oddech. Nieokreślona siła pchała go naprzód, nie pozwalając spojrzeć za siebie, ciche wołanie lasu, zaproszenie do spotkania na które czekał... choć o tym nie wiedział.
-Jesssteś – przeciągły głos wydały z siebie drzewa, -Czekamy…
Stanął i nasłuchiwał wołania, jednak nikt się nie odezwał, tylko wiatr rozdmuchiwał liście i zaczepnie poruszał konarami drzew.
     Poczuł jak skóra zmienia gładkość, niepokój jaki go nie opuszczał od Mostu Groszowego teraz przechodziła w przekonanie a właściwie pewność że to właśnie dziś i właśnie tu finał swój będzie miała przepowiednia wywróżona wiele lat temu w Indiach. Siła i wezwanie słyszalne teraz jedynie w głowie było jak echo w tunelu kolejowym przy Berlinerstrasse
-Jessteśśś – zdawał się słyszeć – Pośpiesz się….
     Figury świętych spoglądały przypominając losy które wyryły bruzdy na twarzach patronów. Krzyż i Dzieciątko Jezus. Narodziny i Śmierć. Całe życie zawarte w dwóch symbolach. Brakuje zmartwychwstania, pomyślał. Więc jeśli początek i koniec stają się wstępem, drogą na wzniesienie przybywają mający nadzieję na zmartwychwstanie. Wszedł jak setki przed nim, kaplica go rozczarowała, nie wyglądała tak imponująco jak na to zasługiwała, przystanął na chwilę i nim przekroczył próg świątyni starał się dojrzeć Judasza wśród apostołów witających pielgrzymów znad drzwi.
     Półmrok jaki panował w środku powoli stał się oswojony, jak kot którego łapki z początku niepewnie, jednak wraz z upływem czasu coraz częściej zagrzebują się w miękkim kocu rozłożonym na kolanach właściciela. Nikłe światło przebijające się przez witraże oświetlało jednak to co w tym miejscu było najważniejsze. Usiadł w dębowej ławie ze złożonymi do modlitwy rękami, przymknął oczy i rozpoczął rozmowę z Bogiem, co pewien czas spoglądał w kierunku świętej figury szukając wsparcia w prośbach kierowanych w imieniu przyjaciela. Zapach żywicznych kadzideł unosił się w środku, jednak nie był nadto intensywny. Przypominał jedynie o niedawnej obecności wiernych i  odbytym nabożeństwie.
Spojrzał na zegarek. Wskazówki ustawiły się w linii prostej wyznaczając godzinę osiemnastą, dzień przechodził już w półmrok osłabiając kontury wyostrzając zapachy wczesnej jesieni. Także tu, na uświęconej Ziemi dało się odczuć upływ czasu. Świeże kwiaty które jeszcze w czerwcu bujnie ozdabiały ołtarz zastąpiły teraz kompozycje polnych suszy, niezwykle strojnych, jednak tyle samo pięknych co smutnych. Nie zauważył kiedy do kaplicy bocznym wejściem od plebanii wszedł  ksiądz. Zanurzony w rozmyślaniach i modlitwie nie rejestrował zachodzących zmian. Oto duchowny w jednym momencie wstał i wyszedł, starsza kobieta jak gdyby w ostatniej chwili zrezygnowała z modlitwy, powiedziała tylko pod nosem kilka słów, poprawiła chustkę na głowie i zniknęła za drzewami.
- Dobrze że przyszedłeś, czas zakończyć to co dawno rozpoczęte
     Za plecami odezwał się surowy, twardy głos, wybrzmiał w kaplicy mocno i zdecydowanie, nie było wątpliwości że adresatem był pątnik zanurzony w modlitwach.
     Zimny pot oblał mu czoło, jednak trzeźwość umysłu oraz wyostrzone zmysły nie odmówiły mu w tym momencie posłuszeństwa. Początkowo nie zwracał na to uwagi, szukając ręką sztyletu z którym się nie rozstawał. Zimne ostrze natychmiast odnalazło znaną dłoń. Wysunął powoli broń i jak gdyby nigdy nic schował w rękawie kurtki.
- wyjdźmy na zewnątrz, wiatr z północy już na nas czeka, spotkanie z ostatecznością wymaga przecież odpowiedniej oprawy, a tu w świętym miejscu jeszcze jakaś dewotka gotowa nam przeszkodzić w rozmowie, powiedział.
     Obrócił się powoli, zachowując jak najbardziej naturalny wyraz twarzy. Spojrzał na siedzącego za nim księdza, który spokojnie dawał ręką znak do wyjścia. Prawa ręka schowana pod habitem zaciśnięta była na rękojeści rewolweru. Pogardliwy uśmiech przecinały głębokie bruzdy blizn. Północny wiatr nie mógł się już doczekać grasując i pogwizdując na niecodzienną scenę. Zakręcał wirujące pomiędzy stacjami drogi krzyżowej liście. Sceneria okazała się odpowiednia. W dole tliły się lampki ustawione na poprzekrzywianych nagrobkach a ukrzyżowany Chrystus zdawał się mówić – Nie mogę ci pomóc.
- Krótka myśl przyszła zza drzew, Może Paul odprawił już rudowłosą piękność i zaniepokoił się moją nieobecnością?
     Niewiele rzeczy w życiu wyprowadziło go z równowagi, niewielu ludzi mogło mu zaszkodzić . Istotę spotkania nie stanowiło zakończenie, tylko przyczyna.
- dlaczego ja? zapytał
- myślę że nasz przyjaciel odpowie nam na to pytanie ze szczegółami w miejscu do którego szczury boją się wychodzić w pojedynkę. Jak myślisz ? chyba zdradzi nam sekret swojej pokiereszowanej facjaty – zuchwale zapytał Paul który jak spod Ziemi znalazł się tuż za człowiekiem z blizną. Opowie wszystko, zapewniam cię, Lowe którego już poznałeś na Sępolnie zna setki sposobów na udaną pogawędkę. Powiedział to jedną ręką przykładając pistolet w okolicy nerek a drugą oparł na szyi duchownego dotykając połyskującą stalą rzeźniczego noża
- co tu się dzieje ?! krzyknął ktoś w oddali Policja ! szybko
- zamknij się jeśli chcesz wrócić do swojej tłustej żonki, morda w kubeł i siadaj pod drzewem powiedział bezpardonowo Paul…


Jacy to Święci przywitali naszego bohatera i dlaczego w rękach trzymali krzyż i Dzieciątko Jezus, jaki budynek modernistyczny zwrócił uwagę naszego pątnika? To pytanie na dzisiaj. Powodzenia !

środa, 25 września 2013

Król strzelców z Breslau

 

 
     Jest wśród wrocławskich biografii jedna szczególnie ciekawa. Dotyczy ona Fritza Blaschke na którego wszyscy wołali po prostu Seppl. Nie był on ani znanym lotnikiem, ani naukowcem, nie był także znanym bankierem. Fritz był sportowcem, ale jakim - to dopiero historia...
     Wszystko zaczęło się szesnastego stycznia 1899 roku kiedy to na świat w pewnym niezwykle uroczym mieście nad Odrą przyszedł chłopak, którego całe życie miało toczyć się jak prawdziwa futbolówka.
     Młody Fritz mając kilkanaście lat trenował zawzięcie na Gądowie w lokalnym klubie SpVgg 05 Breslau. Mniej więcej w roku 1915 miała rozpocząć się droga na szczyt młodego Blaschkego, o którym poza kumplami ze szkoły nikt jeszcze nie słyszał. 
     Wojna bez wątpienia jest okrutnym okresem w historii, jednak w tym przypadku stała się kluczowa, ponieważ po rozwiązaniu SpVgg 05, Blaschke trafił do zupełnie innego świata. Rozpoczął treningi w nowej scenerii, w otoczeniu Parku Południowego na boisku Sportfreunde przy ul. Ślężnej.
     Krótko po tym stał się najważniejszym zawodnikiem tego klubu. To on ustawiał grę i decydował o strategii. To dzięki niemu Sportfreunde w krótkim czasie stał się najlepszym w Breslau i jednym z najmocniejszych klubów piłkarskich w Niemczech. Czterokrotny tytuł mistrza Breslau wywalczony dla Sportfreunde  musiał podziałać jak katapulta.
     Popularność Seepla rosła z każdym dniem, a umiejętności sprawiały, że był nieosiągalny dla rywali. Jednak to co jest najbardziej urzekające w postawie Fritza, to fakt że choć miał setki razy propozycję gry w innych miastach, ba innych Państwach pozostał wierny swojemu miastu.
     Lojalność spotykana wśród piłkarskich wrocławiaków jeszcze w latach 70-tych XX wieku kiedy to Wojskowy Klub Sportowy Śląsk Wrocław zdobył mistrzostwo Kraju. Zielono-Biało-Czerwoni trenowali do zwycięskiego meczu z roku 1977 kopiąc piłkę w tym samym miejscu, w którym równo 41 lat wcześniej Breslauer SV 02 rozgrywał swoje pierwsze spotkania na świeżo oddanym do użytku Sportpark Grabschen przy ul Oporowskiej. W 1936 nie było już wśród piłkarzy z Oporowskiej Seppla.
     Skończył karierę trzy lata wcześniej jako podpora swojej nowej wrocławskiej drużyny Breslauer SC 08. Jednak zanim zawiesił korki na haku, w barwach czarno-niebieskich sporo narozrabiał.
     W ciągu siedmiu sezonów sześć razy zdobył  tytuł mistrza Wrocławia oraz siedem razy tytuł mistrza Niemiec Południowych.
     Z pewnością wiele meczy utkwiło mu w pamięci ale sądzę, że jeden szczególne. Spotkanie z drużyną z VfB Królewiec w sezonie 1927/28. Mecz podczas którego kibice drużyny Seppla po kiepskiej grze swojego zespołu zaczęli dopingować rywali. Musiało to wywołać nie małą konsternację wśród breslauerów na boisku jednak pełne zaskoczenie przyszło pod koniec rozgrywki, kiedy to po tym jak goście strzelili zwycięską bramkę wrocławscy kibice na stojąco świętowali sukces rywali wznosząc głośne owacje ku chwale VfB Królewiec.
     Legenda wrocławskiej piłki po zakończeniu kariery sportowej został trenerem a po 1945 roku zamieszkał w RFN gdzie na dwa dni przed swoimi sześćdziesiątymi dziewiątymi urodzinami poszedł kopać piłkę z Abrahamem. I choć umarł w Oldenburgu do końca pozostał wierny Breslau. 

piątek, 20 września 2013

Szesnasta część wrocławskiej opowieści





Część szesnasta

Podróż do Krótkiej Góry która zdobyła już świętą aureolę mijała powoli. Tramwaj zatrzymywał się zbyt często na przystankach, zbyt wielu ludzi zachciało towarzyszyć mu w tej swoistej pielgrzymce. Nigdy nie był na Osobowicach, widział je tylko z pokładu parowca. Wydawały się odległą krainą, samodzielnym bytem, któremu do szczęścia potrzebny był tylko spokój i regularnie kursujące tramwaje dowożące spragnionych wypoczynku mieszczan. Wiele razy szczególnie wiosną eksplodującą zielenią i soczystością barw planował odwiedzić wspaniałą wieżę wyrastającą ponad korony drzew.  Co za zrządzenie losu, pomyślał, że akurat w dusznym tramwaju wpadła mi w ręce gazeta wydawana przez dawnego właściciela tego odległego miejsca.
Zanurzony w rozmyślaniach przerywanych co chwilę zaczepkami zaczepnych podróżnych wracał do lat minionych, do okresu szczęśliwego dzieciństwa i spokoju domu rodzinnego. Obrazy z przeszłości  wracały tworząc pełen baśni i magii tak typowej dla dorastającego chłopca. Jednak tu na bocznym siedzeniu skrzypiącego tramwaju dziesiątki takich samych właścicieli podróżnych toreb wypchanych, sądząc po zapachu wędzoną słoniną, sapała, dyszała, kaszlała i patrzyła podejrzliwie na niego. Powoli nabierał przekonania o własnym niedopasowaniu do roli jaką niemieckie społeczeństwo przypisywało mężczyznom w średnim wieku, dokładnie takim jak on. Mężczyznom  w sile wielu których głowy nie przykrywa czapka w kolorze feldgrau, a kolor koszuli nie jest brunatny.
Miał ochotę wyjść z cienia, manifestacją własnego sprzeciwu dać wyraz indywidualnego traktowania własnego człowieczeństwa. Zanurzyć się w samookreśleniu, na tyle dosadnym i bolesnym, że nikt ze zgromadzonych nie miał by wątpliwości z kim ma do czynienia.
Jednak teraz zamiast wstać i bez obcesowo odepchnąć od siebie śmierdzących przekiśniętym potem grubych właścicieli trzody chlewnej i wykrzyczeć im w tłuste świecące niemieckie twarze żeby poszli do diabła ze swoimi torbami, sprawunkami i sprawami , po prostu siedział i niby czytał gazetę połykając ze wstrętem ślinę. Jednocześnie  nie mógł zapomnieć  o swoim przyjacielu, o jego nadziei i wierze. Bez wątpieniach na podobnych na rozmyślaniach i wspomnieniach dawnych przygód minęła by cała podróż, gdyby nie to, że właśnie przekraczał Most Groszowy, odwrócił się nagle w kierunku portu miejskiego.
Natychmiast przypomniał sobie dziwne znaki na wiadomości zostawionej przez starszą kobietę w nabrzeżnym murowaniu. Jak podrażniony nerw zerwał się. Już wiedział co się dzieje,  szybki oddech, szerokie źrenice i koncentracja na najdrobniejszych szczegółach. Wiedział że ile razy mu się to przytrafia, niebezpieczeństwo czyha nie daleko. Wolał nie ryzykować dalszej podróży, wyskoczył z tramwaju na najbliższym przystanku, szybkim krokiem minął jaz na Różance, nie myślał teraz o obietnicy, szukał punktu zaczepienia, jakiegoś schronienia jednocześnie wypatrując zagrożenia. Na horyzoncie majaczyły już potężne mury Kleczkowskiego więzienia.
- Wyjdź do cholery! Ujawnij się, żebym wiedział z kim będę walczył krzyknął
Przypadkowy przechodzień spojrzał na niego z niemałym zdziwieniem postukał wymownie palcem po łysym czole, dając aż nad to do zrozumienia że miejsce takich jak on jest niedaleko i nawet tak się składa że idzie w dobrym kierunku.
                - Czemu się tak drzesz? pół miasta cię usłyszy a przecież ani ja ani ty tego nie potrzebujemy
                - Paul? To ty?
                - No dziwisz się, jak byś ducha zobaczył. Stachowsky w doskonałym humorze nieco kpił sobie z niedoszłego pątnika
                - Wiesz, ja, to znaczy, yyy, miło cię widzieć, co tu porabiasz?
                - Co ty się tak jąkasz przyjacielu? Może masz ochotę na jednego?
                - Nie dziękuję powiedział to niepewnie i zupełne bez przekonania. Właściwie to miał ochotę na jednego i drugiego i trzeciego
                - Oj coś kręcisz, znam świetne miejsce nie daleko stąd, spodoba ci się, Mrugnął przy tym wymownie
                - Właściwie muszę już iść, zmierzałem właśnie na Osobowice, powiedział
                - Czyli jedziemy w tą samą stronę, odparł rzeźnik wyraźnie ucieszony, umówiłem się u Hübnera z pewną rudą pięknością
                - A Frau Stachowska?
                -Chciałeś mi zrobić przykrość ? to ci się udało mój drogi, echh żeby cię …
Rozmowa brnęła w niebezpieczne dla obu rejony. Paul musiał by coraz więcej powiedzieć o dość krępującej obyczajowo rudowłosej znajomości, natomiast jego przyjaciel wchodził by w arkana pożycia państwa Stachowskych na co nie miał specjalnie ochoty.
                - Zrobimy tak,  ty załatwisz swoje sprawy, a  ja w tym czasie rozmówię się z moim kociakiem i spotkamy się na miejscu, W końcu będzie czas żeby spokojnie porozmawiać.
                - Zgoda,  powiedział – jednak gdybym długo nie wracał proszę podejdź do Krótkiej Górki , mam przeczucie że coś złego wisi w powietrzu…
Tym razem pytanie brzmiało: jaką gazetę czytał w tramwaju i gdzie chciał go wyciągnąć Stachowsky?

Odpowiedz na oba pytania znała niezawodna Pani Marta ;-)


Oczywiście nasz bohater czytał Schlesische Zeitung jedną z najpopularniejszych dzienników Breslau. Siedziba gazety mieściła się w domu wydawniczym Kornów. Schlesische Zeitung był najstarszą gazetą wydawaną w Breslau. Ukazywała się niezmiennie od 1734 aż do 1944. Sama nazwa "Dziennik Śląski" funkcjonowała od 1742 kiedy to skrócili nieco przydługawą nazwę "Uprzywilejowana Śląska Gazeta Państwowa na czasy Wojny i Pokoju". 
W zasadzie dziennikiem stała się dopiero w roku 1828, wcześniej ukazywał się tylko trzy razy w tygodniu. Na uwagę zasługuje fakt, że już 40 lat później wychodziła trzy razy dziennie. Dom wydawniczy Kornów mieścił się przy ulicy Świdnickej w nieistniejącym dzisiaj budynku pod adresem ul. Świdnicka 47-48. 



Można było w nim oprócz zamawiania gazet przy odrobinie szczęścia nacieszyć oczy bogatą kolekcją Kornów. Wśród eksponatów tego prywatnego muzeum były obrazy Michała Willmana, Johanna Georga Platzera, Jana van Huysuma oraz Philipa Sauerlanda. Warto również zauważyć że Jan Korn stał się wydawcą prasy wrocławskiej w wieku 31 lat co w dzisiejszych warunkach mogło by być trochę trudniejsze.
 Jak przystało na siedzibę potentata, gabinet właściciela wyglądał imponująco. Zdjęcia przedstawiają stan na 1913 rok.

                                                                                                                                                            fot. Wratislavia Amici

Nasz bohater wraz z Paulem umówili się w Etablissementcie Hübnera przy ulicy Osobowickiej 89. Dzisiaj w tym miejscu mieści się drukarnia KEA wcześniej, już  w okresie PRL-u mieścił sie tam Dom Marynarza w którym nie jeden marynarz słodkich wód stracił wątek podczas suto zakrapianych przyjęć. Obecny właściciel, choć nic nie ma wspólnego z rozrywką przynajmniej wyremontował dawny gościniec przywracając mu dawną świetność

W roku 1943 nie było już tego czerwonego budynku na miejscu którego jest obecnie wał przeciwpowodziowy a sama ulica Osobowicka przebiega dokładnie tam gdzie na pocztówce siedzą zadowoleni goście.